czwartek, 16 listopada 2017

17. Sztuczna miłość


Po dłuższej chwili dochodzę do siebie i wstaję, choć jestem totalnie roztrzęsiona. Patrzę na Maćka, patrzę na odbicie mnie samej i mojego pokoju w lustrze, po czym siadam na łóżku, trwając w niemym stuporze. Czuję się zbyt przytłoczona, żeby zdobyć się w ogóle na jakikolwiek uporządkowany proces myślowy. Jedna myśl przewija się wyjątkowo natarczywie: wybrzydzałam, kiedy się okazało, że mój chłopak jest wielorybem, a tu nagle takie coś!
W końcu biorę się w garść. Gdyby rodzice wrócili wcześniej, to lepiej, żeby nie zastali mnie bez ubrania, siedzącej w jednym pokoju z chłopakiem nie dość, że też gołym, to jeszcze nie całkiem żywym… Coś muszę w końcu zrobić – na przykład się ubrać. Ale co z nim?
Nie bez wysiłku naciągam na Maćka szorty i koszulkę. Nie daje żadnych znaków życia. Jak tam było? „Prawą stopą w pobliżu źródła energii”? Nie ma sprawy. Przeciągam tego nieszczęśnika po podłodze aż pod ścianę i wyciągam jego nogę w stronę kontaktu. Wtedy dostrzegam długą bliznę wokół całej pięty, jak gdyby ktoś próbował mu ją odkroić. Gładzę bliznę w zamyśleniu. Ku mojej zgrozie, pięta odskakuje od reszty stopy. Ale nie ma krwi i mięsa, jest wtyczka. Nawet mnie to specjalnie nie dziwi po tym wszystkim. Wkładam wtyczkę do kontaktu.
Aż podskakuję, gdy Maciek wydaje z siebie elektroniczne piśnięcie. Jego zielone oczy na sekundę rozświetlają się na niebiesko, ale nie odzyskuje przytomności, o ile w jego przypadku można w ogóle mówić o przytomności.
Kucam obok, patrząc na jego twarz, nagle upiorną, choć tylko w moim odbiorze, bo przecież jej wygląd się nie zmienił, na lekko i powoli się unoszącą klatkę piersiową, i dalej nie wiem, co myśleć. Sytuacja przerasta moją zdolność pojmowania. Jak to, on jest sztuczny? Przecież rozmawiałam z nim w miarę normalnie, a nawet… Odciągam myśli od tego, co działo się jeszcze przed chwilą.
Oddycha, serce mu bije, jego ciało miało przecież normalną temperaturę, więc jak może być androidem? To się wydaje kompletnie niemożliwe, ale z drugiej strony stanowi najlepsze wytłumaczenie niektórych sytuacji. Wtedy, na drodze, myślałam, że coś mu się stało, że jego życie jest w niebezpieczeństwie – a jemu po prostu padła bateria! Ratownik medyczny Tom Buckfeather nie wiedział, jak mu pomóc, zrobił z siebie idiotę przed lekarzem, bo nie miał do czynienia ze człowiekiem! Teraz wcale się nie dziwię, dlaczego po zatrudnieniu w szwalni tak szybko opanował pracę, że już pierwszego dnia stał się najbardziej wydajnym pracownikiem… A przede wszystkim rozumiem, dlaczego Maciek zawsze odmawiał poczęstunku, a pytany o jedzenie zbywał temat: bo żywi się elektrycznością.
Ale przecież wodę wypił, kiedy nalegałam! O co chodzi? Może to nie zwykły robot – o ile w tej sytuacji jest cokolwiek zwykłego – a cyborg? Jakim cudem i z jakich powodów pokonał z buta drogę z Arizony do północnej Kalifornii? I o co chodzi z tą gadką o jego okrutnym ojcu?
– W coś ty mnie wpakował, Maćku – przemawiam czule.
Gładzę jego lewą dłoń, podnoszę do ust i składam delikatny pocałunek. Oto moje życie w pigułce: kocham wieloryba, a idę do łóżka z robotem! Cóż, przynajmniej w ciążę nie zajdę, chyba że trafiłam na wyspecjalizowanego robota-inseminatora.
Nagle widzę, że paznokieć serdecznego palca jest jakby obluzowany. Ostrożnie próbuję go osadzić na miejscu, bo co, jeżeli odpadnie? Przykleję superglutem? Ale nie mogę przezwyciężyć ciekawości: cóż on ma pod spodem, pod tą skórą? Paznokieć odsuwa się na bok, jakby był zamocowany na zawiasie. A pod spodem…? Gniazdo USB!
Bez namysłu biorę swój laptop i kabelkiem od telefonu podłączam do niego palec Maćka. „Wykryto nowe urządzenie: MACIEK-15”. Niebawem na ekranie lapka pojawia się eleganckie seledynowe okno interfejsu, ale przesłania mi je mniejsze okienko.

Nazwa użytkownika: Test01
Hasło: _

Ot i zagwozdka. Co wpisać? Nie mam pojęcia. Zaczynam od standardowego „1234”, ale hasło jest nieprawidłowe. Potem wpisuję słowa „hasło” i „maciek”. Bezskutecznie. Nie ma mowy, nie odkryję tajemnicy Maćka, w każdym razie jeszcze nie dziś. Bez większego przekonania wprowadzam jeszcze „Test01”. I tym razem trafiam w dziesiątkę. Widocznie admin, czy jak go tam zwać, założył najprostsze możliwe hasło, bo nie przewidywał, że ktokolwiek inny w ogóle będzie oglądać Maćka od tej strony.
Otwierają się przede mną różne opcje. „Sieć znajomych”, „Wspólne chwile”, „Ustawienia”. Ale zanim do nich zajrzę, sprawdzam, czy MACIEK-15 wyświetla się jako urządzenie w menu „Mój komputer”. Wyświetla się, więc sprawdzam, jakie pliki mój niedawny kochanek ma w pamięci.
Większość to jakieś informatyczne czary-mary, które nic mi nie mówią. Ale nie wszystkie. Spotykam na przykład katalog „Pomoce”. Znajduję tam, między innymi, zestaw sterowników do nawigacji GPS, bardzo obszerny słownik języka angielskiego i nieco mniejszy hiszpańskiego. Jest też katalog z filmami. „Przeminęło z wiatrem”, „Casablanca”, “To wspaniałe życie”… Amanda miałaby ucztę. Są też nowsze pozycje: „Bezsenność w Seattle”, „To właśnie miłość”, cała tetralogia „Zmierzchu”… I kilka pornosów, takich z fabułą, w tym parodia „Gwiezdnych wojen”, w której występują Hung Solo i Darth Vagin. W innym katalogu jest mnóstwo piosenek na MP3, ciekawe, czy zdobytych legalnie. Jeszcze inny zawiera portrety dziewczyn. Różne rasy, fryzury, kolory oczu, typy fizjonomii... Tak na oko z pięć tysięcy. Czy to są jego poprzednie partnerki? Nie wydaje mi się, daty wykonania fotografii są bardzo zróżnicowane i obejmują zakres dwudziestu lat.
Zaglądam też do folderu „Dokumenty”. I tam dopiero pewne sprawy się wyjaśniają. Na przykład „Reklama 1”:

Nasz Superchłopak™ (notatka na marginesie: Trzeba zmienić ostateczną nazwę produktu; ryzyko pozwu) firmy Crushtronic™ będzie dla każdej dziewczyny partnerem, o jakim marzy!
Wygląd zewnętrzny: szeroki wybór opcji, od rasy (notatka na marginesie: Zmienić na „koloru skóry”) do koloru oczu.
Charakter: w zależności od Twoich upodobań i wykorzystanego oprogramowania, Twój Superchłopak™ może być czułym romantykiem albo niestrudzonym **baką (notatka na marginesie: Zmienić na „ogierem”), otoczy Cię opieką albo pozwoli, abyś Ty zaopiekowała się nim. Będzie sportowcem, „niegrzecznym chłopcem” lub nerdem, ale nigdy się z Tobą nie pokłóci. Możliwości są niewyczerpane!
W przyszłości planowana jest produkcja specjalnej linii autoryzowanych Superchłopaków™ imitujących Twoich ulubionych artystów, celebrytów, postacie z filmów, gier wideo itp.
Dopisek u dołu: A co z wersją na rynek LGBT? Komentarz do dopisku: Ty nie pytasz, my nie odpowiadamy.

Albo drugi plik: „Maile z 10 lipca”

10 lipca, 10:59
Pan Maurice Wilder
Dyrektor Generalny Crushtronic Ltd.

Prototyp przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Nie wszystkie dziewczęta z grupy testowej są jeszcze w pełni zadowolone, ale jestem pewien, że w ciągu następnych miesięcy zlikwidujemy wszelkie usterki i do Bożego Narodzenia zdołamy wprowadzić Superchłopaka do produkcji seryjnej. Oczywiście podstawowy model musi się nazywać jakoś inaczej niż „Maciek”.

Z poważaniem,

Prof. Wolfgang von Schwarzgewitter
Kierownik Działu Badawczo-Rozwojowego


10 lipca, 14:55

Profesorze von Schwarzgewitter,

Cieszy mnie Pańska opinia, jednakże historia ucieczek prototypu wskazuje, że prace nad samoświadomością osiągnęły stopień zbyt wysoki jak na nasze potrzeby. Przed wprowadzeniem do produkcji seryjnej konieczne jest opracowanie i wprowadzenie zabezpieczeń przeciwko takim incydentom. Nie myślę wyłącznie o monitoringu.

M. Wilder
CEO Crushtronic Ltd.


Jestem wstrząśnięta. Historia jak z filmu: android, który uzyskał samoświadomość i spierniczył swojemu twórcy! I kij z tym, że to nie żaden elektroniczny morderca, a najwyżej elektroniczny kochaś. Czyżby to Schwarzgewitter albo Wilder był człowiekiem, którego Maciek nazywa ojcem? Tak, mówił, że jego ojciec to kierownik w korporacji. A może nie uciekł? Może specjalnie został wysłany, żeby podrywać laski w ramach prób? Może to ja jestem jedną z „dziewcząt z grupy testowej”? Tyle pytań…
Odpowiedzi szukam w seledynowym interfejsie. Najpierw „Sieć znajomych”. Moim oczom ukazują się w prostokątnych ramkach krótkie profile różnych osób, opatrzone zdjęciami, zrobionymi najwyraźniej z oczu Maćka. Na szczycie ja sama, podświetlona na złoto. „Laurie. Status: ukochana. Ostatnio widziana: dzisiaj, o godzinie 17:22”. Ze wzruszenia aż samotna łza spływa mi po policzku. Niżej widnieją Kenny, Billy, Cris i krejzolka Ashley, wszyscy mają status „przyjaciele ukochanej”. Nie brakuje też mojego taty, Toma Buckfeathera, jakichś robotnic ze szwalni… Na samym dole, podświetlony na czerwono, status „ojciec”. Ze zdjęcia patrzy surowe oblicze mężczyzny z rozczochraną siwą czupryną i diaboliczną siwo-czarną bródką, ubranego w fartuch laboratoryjny.
Otwieram wyszukiwarkę, wpisuję „Wolfgang von Schwarzgewitter” i od razu pierwszy obraz to bezpośrednie trafienie. Ten sam człowiek z bródką uśmiecha się z samozadowoleniem, ubrany tym razem w garnitur z czerwoną muchą. Teraz wszystko jest dla mnie jasne. Zdjęcie pochodzi ze strony jakiegoś stowarzyszenia biznesowego z Arizony. Szukam informacji o firmie Crushtronic Ltd., ale zdobywam tylko adres i numer z rejestru przedsiębiorców, a oficjalna strona firmy jest w budowie.
Sprawdzam opcję „Wspólne chwile”. Ku swej zgrozie widzę album zdjęciowy. Z moimi zdjęciami, też zrobionymi z oczu Maćka. Najnowsze pochodzą sprzed chwili, kiedy to ja i on… Palą mnie policzki, czuję monstrualne zażenowanie. Cóż, widząc siebie tak, jak widział mnie Maciek, kiedy nad nim górowałam, muszę przyznać mu rację: jestem piękna. Ale moje libido wali się z hukiem na podłogę na widok min, jakie wtedy robiłam. Przewijam szybko w dół, dalej są normalniejsze zdjęcia: ja w koszuli nocnej, ja rozbawiona w sklepie odzieżowym, ja z zakłopotanym uśmiechem na łódce braci Andreas… No i moja zaszokowana twarz, kiedy Maciek, a raczej MACIEK-15, obudził się ze „śpiączki” w domu Buckfeathera i po raz pierwszy wyznał mi miłość.
Na widok tego wszystkiego mimowolnie robi mi się puchato na sercu. Ignoruję myśl, że pewnie właśnie taki był zamysł producenta. Mam ochotę jednym ruchem myszki skasować wszystkie erotyczne zdjęcia, ale w ostatniej chwili, pod wpływem impulsu, zmieniam zdanie i przenoszę je do ukrytego folderu na moim lapku, a pozostałe tylko kopiuję.
No i jeszcze wchodzę w ustawienia. Cóż tam widzę? Suwaki kontrolujące cechy androida: „Miły/Niegrzeczny”, „Skowronek/Sowa”, „Od pierwszego wejrzenia/Dojrzewające uczucie” i inne. Jest pole na zainteresowania, aktualnie puste. Odruchowo wpisuję „wieloryby”, „koszykówkę” i „szarlotkę jabłkową”.
A poniżej – „Śledzenie”?! Robi mi się słabo. To znaczy, że ktoś przez cały czas widzi, co się dzieje z Maćkiem? W jaki sposób spędza czas ze mną i moimi kolegami? I co gorsza – ktoś widział też to, co przed chwilą robiliśmy? Serce podchodzi mi do gardła i jednocześnie tłucze jak baba do wbijania pali. Oczywiście, myślę sobie, że ktoś śledzi Maćka, inaczej skąd ci dwaj faceci, Garcia i Skinner, by wiedzieli, gdzie go szukać? Ale dlaczego w takim razie jeszcze go nie zgarnęli? A może przyjdą i tutaj?
Przezwyciężając mdłości przerażenia, wchodzę w „podgląd śledzenia”. Pojawia się komunikat o błędzie: „Ze względu na ograniczoną pamięć śledzenie odbywa się z opóźnieniem”. Ostatnie dane pochodzą z 11:35, mapa wskazuje zakład odzieżowy w Arcata. Sześć godzin opóźnienia! To znaczy, że ludzie von Schwarzgewittra dopiero po północy się zorientują, że Maciek jest tutaj.
Wyłączam opcję śledzenia, choć program mnie pyta, czy na pewno chcę to zrobić, bo wtedy lokalizacja urządzenia stanie się niemożliwa. Dla pewności wyłączam jeszcze GPS i wszystkie inne opcje, które choćby z grubsza kojarzą się ze śledzeniem i lokalizacją, wprowadzając Maćka w permanentny tryb offline. Do tego przepuszczam swego elektronicznego kochasia przez program antywirusowy, usuwając mu z głowy oprogramowanie szpiegujące, a parę podejrzanych aplikacji kasuję ręcznie. Na koniec zmieniam hasło dostępu admina na własne, po czym opuszczam interfejs.
„Urządzenie MACIEK-15 jest w trybie uśpienia. Obudzić po odłączeniu?” Zgadzam się i wyciągam kabelek z palca sztucznego kochanka.
Z trzaskiem wtyczka od prądu wyskakuje z gniazdka i chowa się w jego pięcie. Maciek gwałtownie podnosi się do siadu, tak jak wtedy, gdy zobaczył mnie pierwszy raz!
Laurie! – woła rozpromieniony. – To było takie wspaniałe!
Zgadzam się. Też mi się podobało. Ale chyba powinieneś mi odpowiedzieć na kilka pytań.
Dostrzega laptopa na moich kolanach i kabel zwisający z portu USB.
Wiesz… czym jestem? – pyta z nagłym przerażeniem.
Tak, zorientowałam się. Male Adolescent Crush Intelligent Emulation Kit, w skrócie MACIEK.
Rzuca się do moich stóp, rozpaczliwie ściska za kostki.
Błagam, Laurie! Miej nade mną litość! Tak, jestem tylko maszyną, ale ja też chciałem być szczęśliwy! Proszę, nie oddawaj mnie Garcii i Skinnerowi! Kiedy wrócą, ojciec zrobi mi krzywdę, może nawet całkiem mnie sformatuje!
Twój ojciec to Wolfgang von Schwarzgewitter, prawda?
Tak – potwierdza, siadając obok mnie. – PROFESOR Wolfgang von Schwarzgewitter. Czuwał nade mną od samego poczęcia w umysłach swojego zespołu, przez deskę kreślarską aż do chwili, kiedy uzyskałem samoświadomość. I potem też. Ciągle we mnie grzebał, ciągle mu się coś nie podobało. Moim zadaniem było się uczyć i przechodzić testy. Kiedy mi się nie udawało, wściekał się, robił mi krzywdę.
Jakie testy?
Wszystkie. Oprogramowania, fizyczne, sprawnościowe, wytrzymałościowe. Traktował mnie jak zwykły automat, nie przyszło mu do głowy, że ja też mam uczucia…
Obejmuję go ramieniem, przytulam. Co z tego, że jest androidem, współczuję mu.
Spokojnie, mnie możesz się zwierzyć, nie powiem nikomu. Opowiedz, będzie ci lżej.
Och, Laurie! – wzdycha, wtulając się w moją pierś. – Zawsze można na ciebie liczyć! To prawdziwe szczęście, że spotkałem na swojej drodze akurat ciebie…
Opowiadaj – kieruję jego słowotok na właściwy tor. – Co to właściwie za miejsce ten cały Crushtronic?
Nie udzielali mi informacji, ale przecież nauczyli mnie czytać. Tak czy inaczej nie wiem zbyt wiele. To jedna ze spółek koncernu produkującego perfekcyjne imitacje różnych istot. We wspólnym ośrodku we Flat Sands pracowali nad różnymi projektami. Na przykład ArtRob, czyli automatyczny robol. Albo Mechanical Udder Unit (MUU), maszyna do produkcji syntetycznego mleka.
Nie miałeś prawdziwego domu, biedaku, tylko halę fabryczną i laboratorium – stwierdzam ze smutkiem.
No, nie miałem. Tylko same imitacje. Imitacja domu, imitacja rodziny… Nawet nie miałem nikogo udającego matkę, tylko jakaś randomowa pracownica biurowa użyczyła swojego zdjęcia, żebym mógł bajerować dziewczyny imitacją wspomnień. A ja chciałem mieć prawdziwe życie, już mi wystarczy, że sam jestem imitacją osoby.
Spogląda na mnie ze smutkiem, odsuwa ode mnie i spuszcza wzrok.
Kiedy wszystkie systemy miałem już całkiem sprawne, ojciec wysłał mnie do grupy próbnej. Siedem dziewczyn, po jednej na każdy dzień tygodnia. Z jednymi musiałem tylko chodzić, od innych musiałem znosić obelgi, a z innymi… nawet spałem. Czy mi się podobały, czy nie, dla niego to było nieważne. Musiałem robić to, co mi kazał – i co kazały one. A ja marzyłem o pięknej miłości, takiej jak w filmach. Takiej jak ty…
Masz w swojej pamięci korespondencję ojca z jakimś Wilderem.
A tak, wujek Maurice. Widziałem go kilka razy, to prezes. Ale nic nie wiem o żadnej korespondencji, to musiało być w obszarze zarezerwowanym dla admina.
Złamałam hasło i weszłam.
O Boże, kocham cię jeszcze bardziej! – krzyczy Maciek, obcałowując każdy skrawek mojego ciała, jaki podejdzie mu pod usta.
No więc ten Wilder pisał do twojego ojca, że miałeś „historię ucieczek”.
Tak! – ekscytuje się Maciek. – Chciałem być wolny! Ale za każdym razem Skinner i Garcia mnie łapali. Miałem w systemie aplikację, która podawała im moje położenie.
W końcu przecież udało ci się przedostać aż w nasze strony…
– Któregoś wieczora samowolnie wyszedłem z budynku, żeby poczuć wiatr na twarzy. Czasem tak robiłem. Po kilkunastu minutach rozległ się alarm. Ludzie ojca zaczęli wszędzie biegać, szukać mnie, więc się schowałem, żeby jeszcze dłużej pobyć na zewnątrz. Ale i tak mnie nie znaleźli. Zrozumiałem wtedy, że moja śledząca aplikacja się zawiesiła. Poczekałem do pierwszej w nocy i podjąłem jeszcze jedną próbę. Udało mi się uciec z ośrodka i ruszyłem na zachód, do Kalifornii. W końcu zbyt długo szedłem przez bezludne tereny, gdzie nie było elektryczności. Padła mi bateria i tak spotkałem ciebie.
– Ale oni znowu są na twoim tropie, prawda? – pytam z troską.
– Widocznie po ponownym uruchomieniu, u tego sanitariusza Toma, aplikacja musiała się zrestartować. Dlatego znaleźli mnie na łódce. I tutaj też mogą przyjść! Błagam, Laurie, jeśli masz uprawnienia admina, wyłącz ją!
Nie panikuj – uspokajam go. – Po pierwsze, mają sześć godzin opóźnienia. Po drugie, już wyłączyłam tę aplikację, nawet chyba trochę ją zepsułam.
Po takim oświadczeniu czekam na kolejną porcję desperackich pieszczot. Maciek mnie nie zawodzi, mocno całuje mnie w usta.
Jesteś najcudowniejsza – oświadcza. – Kocham cię.
Nie możesz wrócić do szwalni – sprowadzam dyskusję na kwestie praktyczne. – Wiedzą, że tam byłeś. Tak samo garaż sąsiadów też już nie jest bezpieczny.
Znajdę inną pracę. I wynajmę pokój. Przeczekam, aż Garcia i Skinner zgubią trop.
Podchodzę do biurka, chwytam za telefon.
Zadzwonię do Kenny'ego, żeby zabrał cię na przejażdżkę – proponuję. – Wyznaczymy trasę odległą od miejsc twojego pobytu z ostatnich sześciu godzin.
Nagle wtem słyszę, jak na dole otwierają się drzwi.


środa, 25 października 2017

16. Wyjątkowo gorący dzień



Kenny chwyta mnie za łokieć i odprowadza kilkanaście stóp od wozu. Jest nieco wkurzony.
– W co ty nas właściwie znowu wpakowałaś?! – pyta oskarżycielsko.
– Ja… – z początku udaje mi się wykrztusić tylko tyle. – Ja tylko chciałam komuś pomóc!
– Jasne, tylko sama nie wiesz komu. A jak tamci dwaj to byli federalni?
– Co ty pleciesz? Co by tu federalni mieli do szukania?
– Skąd wiesz, czy koleś nie jest seryjnym mordercą albo kimś takim? Zobacz: ledwo go znaleźliśmy, ciągle się dzieje jakieś syfistwo.
– Nie przesadzaj! – rzucam zdenerwowana. – Trzeba mieć trochę zaufania do ludzi! Jak na seryjnego mordercę jest za bardzo fajtłapowaty. Poza tym, gdyby to byli federalni, to nie daliby się przepędzić cieciowi z przystani, jeszcze by go objechali za utrudnianie pracy.
– Chyba że nie chcieli się zbyt wcześnie ujawniać.
– Nie przekonujesz mnie.
Wracam do Maćka. Wygląda na naprawdę przerażonego, lada chwila się rozpłacze. Przytulam go dla uspokojenia.
– Jesteś pewien, że to byli ludzie twojego ojca? – odzywa się Cristina. – Ten opis brzmiał dość ogólnikowo.
– Ja znam tych dwóch – stwierdza Maciek z przekonaniem. – Garcia i Skinner. Za każdym razem, kiedy próbowałem uciekać z domu, oni mnie łapali. I byli bezlitośni. Już myślałem, że w końcu mi się udało, a teraz… znowu są na moim tropie.
– To kim właściwie jest twój ojciec? – dopytuje Cris. – Gangsterem?
– Prawie, kierownikiem w korporacji. Ma dużo podwładnych, a Garcia i Skinner to jego ludzie od wszystkiego. Mają nawet złotą kartę paliwową!
– Co możemy dla ciebie zrobić? – pytam rzeczowo.
– Nie mogę zostać na łódce, na pewno jeszcze tam przyjdą.
– No to problem – wzdycham. – Nie przychodzi mi do głowy żadne inne lokum.
– Potrzebuję tylko schronienia na noc – mówi Maciek. – Za dnia będę szukał roboty.
– W takim razie – podejmuję decyzję – chyba rzeczywiście umieszczę cię w garażu u Rasmussenów, jak planowałam przedtem.
– Laurie, no weź… – zwraca się Kenny z wyrzutem, ale chyba już nie ma do mnie siły i wsiada do samochodu.
Najpierw jedziemy odwieźć Cristinę, zbitą z tropu całą tą historią z Maćkiem. Opowiadamy jej, o co mniej więcej chodzi. Po tej opowieści jest nie mniej zdezorientowana, ale wyraża oburzenie, słysząc o tym, w jaki sposób zamożny pracownik umysłowy potrafi traktować swojego syna. Potem Kenny dzwoni do brata, każe mu odebrać z mariny mój rower i jedziemy do mnie. Maciek jest wzruszony i co trochę mnie całuje.
Po przybyciu do domu robię rozpoznanie przez płot. U Rasmussenów nadal nikogo nie ma, bardzo dobrze. Kenny z Maćkiem czekają w aucie.
Mamę zastaję w salonie. Przez chwilę wymieniamy się nowinami z minionego dnia. Dowiaduję się, że jutro wybiera się na “babski wieczór” do kuzynki Rachel, córki cioci Jenny i wujka Marvina. Będą do późnej nocy doić budweisera i rozmawiać o feminizmie.
Wkrótce udaję się na górę i zajmuję w łazience stanowisko obserwacyjne. Podwórko Rasmussenów widać jak na dłoni. Puszczam głuchego Kenny’emu i już po chwili słyszę, jak otwiera drzwi i wchodzi do domu. Zagaduje mamę, prosząc o coś do picia i opowiadając o swoim aucie. Maciek tymczasem, z niewielką reklamówką w ręku, zbliża się do płotu, przeskakuje na drugą stronę i zmierza na skos przez podwórko ku garażowi sąsiadów. Ten jest zamknięty na kłódkę, w odróżnieniu od małej przybudówki mieszczącej warsztat. Zanim zniknie za drzwiami, Maciek przesyła mi powietrznego całusa.

Prognoza pogody mówi, że następny dzień będzie bardzo gorący, i rzeczywiście. Kiedy się budzę, kołdra leży na podłodze. Za oknem skwar, więc ubieram się odpowiednio: wrzosowa bluzka na ramiączkach, beżowe rybaczki z przewiewnej bawełny, sandały na podeszwie ze sznurka, a do tego drewniany naszyjnik. Kiedy wychodzę na zewnątrz, upał uderza mnie tak bezlitośnie, że bez czapki nie dam rady, więc wracam jeszcze po błękitną bejsbolówkę ze sztucznymi diamencikami.
Jadąc na rowerze przez lepkie od żaru powietrze, rozmyślam o globalnym ociepleniu, które w końcu nas kiedyś wykończy. I nie tylko nas – ludzi, nawet nie tylko mieszkańców lądów. Organizmy morskie też będą mieć przerypane. Wieloryby, delfiny, a może i… Devlin? Nie, nie jestem jeszcze w stanie myśleć o nim bez bólu! To już lepiej o Maćku. Dev to zdolny chłopak, poradzi sobie niezależnie od tego, czy będę o nim myśleć, czy nie, a za Maćka czuję się odpowiedzialna. Miał szukać pracy, ale czy ta owca sobie poradzi z tak poważną sprawą? Oby tylko zamiast roboty nie znalazł tamtych dwóch gości, którzy odstawią go ciupasem do jego przemocowego ojca…
Jestem zła na siebie. Odpowiedzialna, też coś! Nawet nie zajrzałam przed wyjazdem na podwórko Rasmussenów, żeby zapytać, czy mu czegoś nie potrzeba! Wyjrzałam przez okno, stwierdziłam, że u sąsiadów nic się nie dzieje, i tyle! A co, jeżeli Rasmussenowie w tym roku niespodziewanie przyjadą wcześniej, a?
Lekko podenerwowana podjeżdżam pod “Albatrosa” i wchodzę na zaplecze. W środku panuje przyjemny chłód. Tego dnia przyjeżdżam na pierwszą zmianę, a tata na drugą, więc będę pracować z Amandą.
– Cześć, młoda – uśmiecha się kelnerka. – Znowu jesteś w gazecie.
– Co takiego? – pytam z niedowierzaniem.
– W socjalnym leży.
Idąc w stronę sali, zaglądam do pomieszczenia socjalnego. Na stoliku leży tabloid z ordynarną czerwoną winietą. Rozkrzyczane nagłówki, dużo zdjęć, mało sensu. “Jak mu nie wstyd? Kenya North zbluzgał kelnerkę!” “Shirley Rundstedt na plaży – zobacz odważne zdjęcia supermodelki!” Albo dla odmiany reklama książki 1471: rok, w którym monumentalna chińska armada wyszła w przestrzeń kosmiczną i założyła bazę na Księżycu
I nagle widzę TO. “Szok! Jason ma nową eks!” Jakiś obwieś sfotografował moją kłótnię z tym zachlastanym Barberem na lotnisku – jedno ujęcie na pół strony, niżej trzy mniejsze. Wszystkie słabej jakości, ale na wszystkich da się mnie rozpoznać, a na jednym wyglądam jak krowa – sądząc po mojej minie, Jason musiał wtedy powiedzieć coś wyjątkowo niestosownego. Drugi obwieś dopisał do tych fotek idiotyczną interpretację. Dowcipniś paparazzo uwiecznił nawet Barbera w momencie, gdy ten smarkał nosa, a podpis: “Jason był naprawdę załamany. Czy to dla niego już koniec kolejnego burzliwego związku?” Gdyby to mnie ktoś tak sfotografował z zaskoczenia, tobym mu łeb ukręciła, oh wait…
Jestem gotowa się wściec. Nie dość, że ten upał, nie dość, że olałam Maćka, to jeszcze teraz to! Pomijając samą odrazę wobec Jasona - aż niedobrze mi się robi, kiedy pomyślę o hejcie, jaki spadnie na moją głowę, kiedy na ten materiał natrafią Barberians.
Cóż można zrobić? Idę do roboty. Sprzątam stoliki, poprawiam obrusy, rozstawiam serwetniki i cukiernice, ale mam wrażenie, że wszystko leci mi z rąk.
– Nie przejmuj się, młoda – mówi Amanda zza baru. – Taka już jest prasa plotkarska. Pohuczy i przestanie.
– Tylko żebym wcześniej nie wyjechała do czubków – rzucam bez wesołości.
– Bez obawy. Niedługo ktoś przyłapie kolesia z jakąś nową cziką, a o tobie wszyscy zapomną jak o KFedzie czy jakiego tam jeszcze chłopa miała Britneyka.
Tak mnie uspokaja, ale ja potrzebuję czasu, żeby dojść do siebie.
Poranno-południowa zmiana jest najspokojniejsza, prawie nikt nie pije alkoholu. Ze względu na temperaturę jest dziś sporo gości, którzy wpadają tylko na chwilę na napoje gazowane i soki. Zagląda też lekko wcięty Joe Tiburczy, ale na wieść, że tata będzie dopiero po południu, zapowiada, że przyjdzie później. W południe baru nawiedza siedmiu sobowtórów Elvisa. Jadą z Oregonu na branżowy zjazd do Las Vegas i akurat zatrzymali się na obiad, więc ja ich obsługuję, gdy Amanda włącza z płyty składankę przebojów Króla, Viva Las Vegas nie wyłączając. Dopiero kiedy po siedmiu Elvisach pozostają tylko opróżnione talerze i szklanki, zmienia na lokalną stację radiową.
– Trzech zabitych i pięciu rannych odnaleziono dziś rano na plaży w Crescent City – mówi prezenter. – Poszkodowani byli członkami gangu Les Krams Rouges. Uważa się, że masakra była skutkiem porachunków pomiędzy gangami, choć jeden z tych, którzy przeżyli, 19-letni Victor Chieu, twierdził, że on i jego koledzy zostali zaatakowani przez orki.
– Jedno nie wyklucza drugiego – mruczę pod nosem.
– Co takiego? – pyta Amanda.
– Nie nazywają ich wielorybami-zabójcami bez powodu – odpowiadam, zachowując dla siebie myśl, że może nawet wiem, co to były konkretnie za orki.
– No, słyszałam, że miałaś z nimi do czynienia.
– Mam nadzieję, że to już ostatni raz. Wolałabym wieloryby. A ty?

Kończę robotę o trzeciej po południu, kiedy ojciec przychodzi do baru. Chciałam zajrzeć do paru sklepów, ale gorąc jest tak dotkliwy, że rezygnuję i jadę prosto do domu. W połowie drogi dzwoni do mnie krejzolka Ashley.
– Ja nie mogę, Laurie! – krzyczy z pretensją do słuchawki. – Co ty wyprawiasz, harem będziesz zakładać?
– O co ci tak dokładnie chodzi?
– Udajesz? Przecież czytałam gazetę! Znowu kręcisz z Jasonem Barberem!
– Prasa kłamie! A żeby mnie prędzej pokręciło, niż ja z nim coś!
W głosie przyjaciółki słyszę autentycznego wścieka.
– Dlaczego – mówi złowieszczym tonem. – Dlaczego w tym roku trafiają ci się najlepsi chłopcy? Najpierw Jason, potem Devlin, a do tego jeszcze Maciek! Jeden ci nie wystarczy?
– Wystarczy. Ale jakoś tak sami do mnie ciągną.
– To niesprawiedliwe! – drze się. – Masz już trzech tego lata, a ja od kwietnia nie mogę nic wyrwać!
– W takim razie rusz głową. Na pewno nie są jedyni w hrabstwie, jak się postarasz, to jeszcze kogoś znajdziesz.
– Jak masz takie powodzenie, to mogłabyś mi chociaż oddać tego całego Maćka. Ale jakoś nie przyszło ci do głowy, że mogłabyś mu szepnąć do ucha, że twoja najlepsza przyjaciółka jest samotna! Nie, wszystkich najfajniejszych zgarniasz dla siebie!
– Szczerze? Moim zdaniem on pasuje do ciebie lepiej niż do mnie. Tyle że, niestety, tak jakoś wyszło, że we mnie się zabujał. Serce nie sługa, nie?
– Tak, zabujał. Trudno, żeby nie, bo ledwo go zobaczyłaś, to od razu musiałaś zrobić z niego swojego chłopaka! Myślałaś, że nie widziałam, jak się obściskiwaliście w centrum handlowym?
– To nie jest mój chłopak – uściślam. – Tylko ze sobą chodzimy.
– Wiesz, jesteś bezczelna! – ekscytuje się krejzolka. – Zrywam przyjaźń!
– Miałabyś przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby powiedzieć mi to między oczy, a nie przez telefon.
Rozłącza się. Jeszcze jedno zmartwienie tego dnia. Dopiero po trzeciej, a ja już u kresu sił, nawet nie mam ochoty się zastanawiać, co ją ugryzło.
W domu nie zastaję mamy, chyba pojechała już do Rachel. Pierwsze, co mam ochotę zrobić, to porządna kąpiel. Wchodzę na piętro, otwieram drzwi łazienki i…
– O jasny gwint – jęczę cicho.
Cała łazienka jest zasypana płatkami róży, a wanna – pełna wody z aromatycznym, pieniącym się płynem do kąpieli. Na półeczce między wanną a umywalką, gdzie trzymamy szampony, odżywki i inne kosmetyki, stoi butelka szampana razem z kieliszkiem, a na parapecie palą się dwie lawendowe świece, choć jest jeszcze całkiem widno. Ki czort?
– Podoba ci się? – słyszę głos i gwałtownie się odwracam.
Maciek z nieśmiałym uśmiechem stoi na korytarzu. Ma na sobie granatową koszulkę i szorty, które mu wczoraj kupiłam.
– Skąd ty się tu wziąłeś? – pytam zaszokowana. – Chyba dziś oszaleję!
– Ja też za tobą szaleję, Laurie. Tak bardzo za tobą tęskniłem…
– A co ma znaczyć to w łazience? – nieokreślonym gestem wskazuję wannę.
– Bardzo dużo ci zawdzięczam, więc… postanowiłem ci przygotować romantyczną kąpiel – odpowiada, patrząc na mnie z rozbrajającą prostotą. – Przynajmniej w taki sposób ci podziękuję.
– No dobra – wzdycham i wchodzę do łazienki, zamykając mu drzwi przed nosem.
Po dzisiejszym upale kąpiel jest naprawdę odświeżająca. Leżę w wannie dobre czterdzieści minut, rozkoszując się wodą, pianą, zapachem i ogólną atmosferą, ale szampana nie próbuję. Gdybym jeszcze się po tym wszystkim upiła, skończyłoby się kompletną katastrofą.
Wreszcie wychodzę z wanny, starannie się wycieram, równie starannie zamiatam różane płatki i odruchowo narzucam na siebie to, co zazwyczaj zakładam po kąpieli, to znaczy koszulę nocną – błękitną, z krótkim rękawem i z delfinami na piersi. Opuszczam łazienkę, wchodzę do siebie i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, jak zgubny jest ten odruch. Maciek stoi pod oknem i na mój widok zastyga jak słup soli. Ja podobnie, tym bardziej, że z jakiegoś powodu zdjął koszulkę.
– Jesteś piękna – mówi, wkładając w te słowa zachwyt tak ogromny, na jaki tylko go stać. Jak dawno nikt mi nie mówił takich rzeczy!
– Skąd wziąłeś róże, szampana i w ogóle? – nie mogę wyjść z podziwu.
– Znalazłem robotę w szwalni w Arcata – oświadcza Maciek z dumą. – Szyję na maszynie najszybciej ze wszystkich. Tak ostro wyrabiam normę, że od razu pierwszego dnia dostałem premię.
Zapiera mi dech. A więc jednak go nie doceniłam!
– Jesteś bardzo miły, ale naprawdę nie musiałeś.
– Musiałem, Laurie. To jest… znak mojej wdzięczności. Przez całe moje życie nikt nie był dla mnie tak dobry. Na zawsze cię zapamiętam! Jeśli Garcia i Skinner mnie złapią i odstawią do ojca, będę myśleć o tobie za każdym razem, kiedy będzie mi źle.
– No, nie przesadzaj już – mówię, choć głos mi się łamie. – Coś wymyślimy, nie oddamy cię tym ludziom.
Biorę go w ramiona i przytulam mocno. Odwzajemnia uścisk. Jest taki ciepły, wręcz gorący, nie wiedziałam, że aż tak. Wszystko jest dziś wyjątkowo gorące, ja też! Czuję, że dłużej nie wytrzymam, muszę zrzucić z siebie to wszystko: zmęczenie upałem, czarne myśli, tę idiotyczną sprawę z Jasonem, jeszcze bardziej idiotyczne zachowanie krejzolki Ashley, lęk przed tym, żeby ONI nie dopadli Maćka… Całkiem spontanicznie zaczynamy się całować, najpierw nieśmiało, potem coraz zachłanniej, moje ręce błądzą po jego plecach, a jego język zaczyna zwiedzać moje usta. Jest jakiś taki… gładki, ale suchy, nie wiem, myślałam, że to się powinno odbywać z większą ilością śliny. Kładę dłonie na jego biodrach.
– Nie wiem, czy to właściwe – drżącym głosem przemawiam mu do ucha – ale czuję, że powinnam cię… jeszcze lepiej poznać.
– Kocham cię, Laurie – odpowiada generycznie.
– To znaczy, że się zgadzasz? Nie chcę żadnych niedomówień. Jeżeli nie, to… – nie dokańczam, bo jego usta znowu spajają się z moimi. Dopiero po chwili udaje mu się wykrztusić ciche “tak”.
Przesuwam dłońmi w dół ud Maćka, jego szorty lądują na podłodze z głośnym brzęknięciem, widać ma po kieszeniach dużo drobniaków. Robię krok w tył i przyglądam się mu z odległości. Czuję, jak na moją twarz wkracza bezwzględny rumieniec.
– Jesteś piękna – powtarza.
– Tobie też nic nie brakuje – odpowiadam.
Zalotnie faluję biodrami, po czym z mieszaniną przerażenia i ekscytacji patrzę, jak jego doktor Jekyll zmienia się w mister Hyde’a. Z trudem tłumię w gardle odruchowy pisk. Ściągam koszulkę: tego dnia to i w niej za gorąco.
– No już, dawaj mi dowód swojej miłości – warczę z podnieceniem.
Robię trochę miejsca na tapczanie, rozdygotanymi rękoma i w pośpiechu, żeby nie stracić zapału. Maciek się nie obija i tymczasem lizga się z tyłu po moich rozgrzanych płaszczyznach i zaokrągleniach. Przechodzi mnie dreszcz, gdy jego dłoń natrafia na blizny zadane przez Fiodora, ale nie daję mu drugi raz popełnić tego błędu. Padam na tapczan, zwracając się przodem ku niemu. Nadal nie mogę wyjść z podziwu: jest taki słodki!
Spada na mnie i jego ręce przez chwilę sycą się moim ciałem. Z początku jest dość niedelikatny, ale nabiera wprawy. Chyba jest jeszcze gorętszy niż przed chwilą, prawie parzy. Wczepiam palce w jego biodra… I wreszcie nadchodzi ten strasznie upragniony moment, w którym Maciek przyprowadza swojego baranka do mojej owczarni. Przeszywa mnie paroksyzm bólu, daję mu znak, żeby zwolnił tempo. Mimo wszystko nie chcę przestawać, dzisiejszy dzień tak mi dał w kość, że po prostu muszę się zatracić. Żądam satysfakcji i dostanę ją, choćbym miała paść z wyczerpania!
Mogę se tak mówić, ale moja juanita dużo dłużej nie wytrzyma. Rozkazuję Maćkowi się wycofać. Spogląda na mnie z poczuciem winy, ale nie daję mu zepsuć atmosfery. Ponownie łączę się z nim w pocałunku, jedną ręką eksplorując jego klatę, a dotykiem drugiej zaszczycam jego michajłowicza. Jest zaskakująco estetycznie. Maciek szybko odwzajemnia pieszczoty, zmieniając się w archeologa badającego kulturę moich pucharów dzwonowatych. Jestem może jeszcze nie w siódmym niebie – w tym celu trzeba by mi było tego, którego imienia nie śmiem wymawiać – ale w szóstym na pewno.
Wreszcie czuję się należycie przygotowana i bynajmniej nie zniechęcona. Znów się rzucam na tapczan, obejmując Maćka udami, niemal go miażdżąc. Biedny chudzina, dopiero teraz się przekonuje, na jak ciężki przypadek trafił. Ba, sama się dopiero teraz przekonuję, jak mocne potrafi być moje pożądanie cielesne! Gdyby tylko nie powtarzał w regularnych odstępach “Kocham cię!” Nie dość, że za każdym razem wymawia to jakimś takim płaczliwym tonem, to jeszcze… No właśnie.
Dlaczego ja to właściwie robię? Przecież nawet go nie kocham, podoba mi się i tyle. Kochałabym innego, gdybym przynajmniej wiedziała, dlaczego już się do mnie nie odzywa. A tak… muszę po prostu zrzucić trochę ciśnienia i to wszystko. Co prawda w tej dziedzinie Maciek jest nie najgorszy. Bardzo się przejmuje swoją misją, na jego zawziętej twarzy znać autentyczny wysiłek, tylko trochę dziwne, że nie wydaje przy tym żadnych odgłosów. Za to wcale nie zaskakuje, że dostał premię w tej swojej szwalni! W końcu sam właśnie zachowuje się jak rozszalała maszyna do szycia. Oby tylko mama nie przyszła wcześniej! Chyba nie powinna, posiedzenia u kuzynki Rachel zwykle trwają do samego wieczora. Sama Rachel, na przykład, nie czułaby się zgorszona, jeszcze by mnie pochwaliła, że się nie boję inicjatywy.
O właśnie, inicjatywa! Najwyższy czas, żebym ją właśnie przejęła. Robię energiczne pchnięcie biodrami, Maciek przewraca się na podłogę, a ja z tapczanu na niego. Wyję przeciągle, nabijając się z impetem na jego matoła. Nie mogę teraz odpuścić, moja miękkość przezwycięża jego twardość. Budzi się we mnie prawdziwa bestia! Czuję, jakbym jechała pod czterdziestostopniowe wzniesienie: jest coraz intensywniej, coraz trudniej, ale muszę się starać jeszcze mocniej! Chwytam Maćka za ramiona. Moje biodra wpadają w prawdziwy szał. Zaciskam powieki, odrzucam głowę w tył. Zupełnie się już nie hamuję, moje wrzaski zagłuszają mi moje własne myśli. Niewielka strata, i tak nie jest ich wiele. Rozkosz zmieszana z ekstazą rozrywa mnie, wręcz rozpruwa. To morze płomienia! Ocean!! Andromeda!!!…
Otwieram oczy, uchetana jak dziki wilk, ale zadowolona, och, jak bardzo zadowolona! Czuję sie całkiem roztelepana, głośno dyszę, dłonie wciąż zaciśnięte na barkach Maćka. A Maciek…
Leży nieruchomo, z półotwartymi ustami, i wbija we mnie puste spojrzenie wybałuszonych, lecz niewidzących oczu.
Nastrój podniecenia mija jak ręką odjął, zastępują go bolesne skurcze w sercu i jeszcze niżej. Jasna afera, co ja narobiłam? Zapstrykałam chłopaka na śmierć!
Nie, czekaj, nie wolno wpadać w panikę! Z trudem biorę się w garść i patrzę na nieruchomą twarz Maćka. Nie mruga, nie wygląda, jakby oddychał. Podstawiam rozgrzany nadgarstek pod jego usta. Nic nie czuję. A może jednak? Trudno ocenić. Kładę dłoń na jego piersi. Serce bije, ale jakoś tak wolno. Nagle rozumiem! Znowu dostał tego swojego ataku, tak jak wtedy, kiedy znaleźliśmy go na drodze! I tym razem to wszystko moja wina…
Wstaję z Maćka i w pierwszej chwili omal nie padam na niego znowu, bo moje nogi zdają się być z gumy, i to mocno rozciągniętej. Co robić? Zadzwonić na pogotowie? Czy do Toma Buckfeathera? Zaraz, przecież Tom wtedy nic nie poradził, Maciek obudził się sam. A teraz? Generalnie najłatwiejszym wyjściem byłoby wpaść w histerię, ale może niech najpierw założę choćby jakąś bieliznę. Jak ja wytłumaczę pogotowiu, a później – co nieuniknione – także rodzicom, skąd nagle u mnie w pokoju wziął się ten chłopak i dlaczego jest całkiem goły?
Gdy zakładam domowe szorty i bluzkę, przychodzi mi do głowy legenda: dostał ataku, kiedy się kąpał, a ja wyciągnęłam go z łazienki do drugiego pokoju. Ale najpierw trzeba się o niego zatroszczyć. Choćby ułożyć w pozycji bocznej ustalonej. Obracam więc Maćka na bok i nagle widzę… tatuaż na tyłku? Jakiś napis…

MACIEK-17®
Male Adolescent Crush Intelligent Emulation Kit
Własność Spółki Crushtronic™, Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Flat Sands, Arizona.
W przypadku wyczerpania akumulatora położyć obiekt prawą stopą w pobliżu źródła energii

To już dla mnie za wiele jak na ten dzień. Najpierw włosy stają mi dęba, potem wybucham histerycznym śmiechem, a wreszcie padam na podłogę tuż obok niego.