wtorek, 12 września 2017

15. Ciuchy dla Maćka



Budzę się o trzeciej. Gdy wsłuchuję się w ciemność, w pewnej chwili dobiega mnie bardzo oddalony, właściwie ledwo słyszalny dźwięk… Pieśń wieloryba. Czy to w ogóle możliwe? Czy ona nie powinna być słyszalna tylko pod wodą? A jednak tych odgłosów nie da się pomylić z niczym innym. Może dobiegają z odpływu zlewozmywaka, jak w którejś książce Stephena Kinga? Wtem przychodzi niespodziewana myśl: a co, jeżeli to ja jestem adresatką? Ściska mnie silny, wprost bolesny paroksyzm tęsknoty za Devlinem. Ale cóż, w tej chwili nic nie poradzę. Zwijam się w kłębek i zasypiam.
Rano mam już lepszy nastrój. Zakładam jasne dżinsy z przetarciami na kolanach i luźną śliwkową bluzkę, po czym jadę na pierwszą zmianę do baru. Jest normalnie, a nawet dobrze. Całkiem już wpadam w znajomy tryb pracy, o tak wczesnej porze niewiele się dzieje. Jedynym barwniejszym gościem jest artysta Fred Vestergaard, który sprawia wrażenie, jakby był zdrowo na koksie, jak zwykle zresztą. Rozdaje wszystkim wizytówki, na których tytułuje się „Apostołem Sztuki Konceptualnej”. Kiedy tata pyta go, jak to było naprawdę z Charliem Courtneyem, Vestergaard robi się opryskliwy i mówi, że ten stary liberał nie rozumie prawdziwej sztuki, oraz że Courtney się sprzedał. Krótko mówiąc, dzień jak dzień.
Kończę o piętnastej. Wychodzę na zaplecze i natrafiam na Amandę, która przyszła mnie zmienić. Nie wygląda najlepiej, oczy ma podkrążone i zaczerwienione. Przekazuję jej fartuch.
– W porządku? – pytam, żeby okazać troskę.
– Wszystko okej, tylko zerwałam z facetem – wyznaje. – Właściwie to on mnie rzucił.
– O, tak mi przykro… – rozklejam się, widząc, że nie tylko ja mam problemy sercowe. Nachodzi mnie chęć, by pokrzepiająco ją przytulić.
– Nie ma o czym gadać, młoda. Ten związek i tak nie miał perspektyw – odpowiada Amanda, pociągając nosem. – On myślał, że „Tora! Tora! Tora!” to żydowski film!
– Wiesz, jeśli chcesz się wygadać, to jestem do dyspozycji – proponuję.
– Jesteś naprawdę kochana, ale dam sobie radę. Nie ten chłop, to będzie inny.
Czeka mnie misja specjalna – muszę kupić Maćkowi ubranie. Jadę więc do przystani, ale mój nastrój nie dorównuje dzisiejszej ładnej pogodzie. Krótka rozmowa z Amandą wbiła mnie w lekką melancholię. A może ona ma zasadniczo rację? Może nie ma się co trzymać uczuć jak pijany płota? W końcu miłość nie zawsze musi być wielka, może być przecież czasem trochę mniejsza. A ta wielka niech nam służy jako wzorzec i jako drogowskaz… Tak się rozfilozofywuję, że o mało nie wjeżdżam pod vana na skrzyżowaniu.
W końcu docieram do mariny. Łódka braci Andreas stoi przy pirsie, nie sprawia wrażenia zamieszkałej. Wchodzę na pokład. Luk prowadzący pod pokład jest na głucho zamknięty. Mocno stukam, ale nikt się nie odzywa.
– Maciek…? – wołam zaniepokojona.
– Laurie, to na pewno ty? – odzywa się Maciek z drugiej strony drzwi.
– A kto inny? Możesz otworzyć, wszystko w porządku.
Luk się otwiera. Maciek ma na sobie same bokserki, a widok ten sprawia, że przez chwilę brakuje mi tchu. Nachodzi mnie nagła, niestosowna myśl, że czasami człowiek powinien cieszyć się tym, co ma, nawet jeżeli ma tylko… STOP IT!
– Mógłbyś się trochę ubrać? – pytam zaróżowiona. – Bo wytrącasz mnie trochę z równowagi.
– Przecież mówiłaś, że kupisz mi ciuchy.
– Ale nie mogę tego zrobić sama, głuptasie! Pojedziemy tam razem i wszystko będziesz musiał przymierzyć!
Schodzimy pod pokład. Maciek wreszcie idzie coś na siebie narzucić, a ja wyjmuję z torebki zupę w puszce, wrzucam do rondla i nastawiam kuchenkę. Perspektywa przewiezienia Maćka na bagażniku, a jeszcze lepiej na ramie przed sobą, wydaje się kusząca, ale jednak lepiej nie kombinować. Rzucam się na kanapę, dzwonię do Kenny’ego i umawiam się, żeby nas podrzucił.
Tymczasem wchodzi Maciek, ubrany w swoje szorty i koszulkę – niewiarygodnie wymięte, poplamione, z białymi zaciekami morskiej soli.
– Wyglądasz jak ostatni łachmyta, skarbie – zauważam z pełnym współczucia rozbawieniem. – Typowy hobo. A propos, szukałeś już może jakiejś pracy?
– Łaziłem trochę po okolicy – przyznaje. – Przed jednym z domów jakiś facet ładował meble na ciężarówkę, to pomogłem mu i dał mi kilka baksów.
–  Świetnie! Mam nadzieję, że kupiłeś sobie za to coś do jedzenia.
– No, zadbałem o siebie, nie jestem głodny.
– Ale będziesz chyba potrzebował czegoś bardziej na stałe – zauważam. – Jak ci kupię porządne ciuchy, to pójdziesz w końcu do pośredniaka.
Wiedziona impulsem, obejmuję go, przyciągam i sadzam sobie na kolanach. On jest taki słodki! „Devlin się wścieknie!” – krzyczy do mnie jedna półkula mózgowa. „Jak kocha, to się nie wścieknie” – odpowiada cynicznie druga i wysyła sygnał do mojej ręki, żeby wsunęła się pod koszulkę Maćka. Zaczynamy się całować, długo i może bez szczególnej namiętności (zwłaszcza z mojej strony), ale jakoś tak… z pozytywną atmosferą. Zastanawiam się, czy „po przyjacielsku” to dobre określenie? W pewnym momencie, kiedy akurat jesteśmy od siebie oderwani, dostrzegam jego białe, równe zęby.
– Masz bardzo ładne uzębienie – mówię. – Mój tata nawet myślał, że to proteza.
Maciek spuszcza wzrok i wzdycha ciężko.
– Wiesz, to w sumie racja – mówi, nie patrząc na mnie. – Jak mówiłem, mój ojciec jest… mało delikatny.
Przebiega mnie dreszcz. Co to musiał być za potwór? Nic dziwnego, że Maciek uciekł z domu.
– Powybijał… ci… zęby? – upewniam się drżącym głosem.
– Wstawił, mówił, że będą całkiem niezłe – rzuca obojętnie, wzruszając ramionami.
– Jest dentystą?
– Pracuje w korporacji. Co ja przez niego przeszedłem…
Przytulam go mocniej. Co się ze mną dzisiaj dzieje? Wszystkich bym pocieszała, każdemu bym chciała pomóc…
– Przykro mi  – mówię. – Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co przeżywałeś w domu.
– Miałem już dość, Laurie – mówi smutnym głosem. – Na przykład… zmuszał mnie do… randek z dziewczynami, które… nie tylko mi się nie podobały, ale… niektóre były wprost chamskie. Czasem nawet… mnie biły. Mówił, że muszę… nabrać manier i nauczyć się… funkcjonować w społeczeństwie.
– To potworne, Maćku – odpowiadam i znowu go przytulam, bo nie mam lepszego pomysłu.
No cóż, w sumie to podoba mi się fizycznie, choć jego ofermowatość mnie rozbraja, a poza tym nie czuję tej iskry, którą miały w sobie spotkania z… tym kimś innym. Chwile wypełnione wzajemnymi półczułościami przerywa nam jednak Kenny, dzwoniąc, że już podjechał i zaraz będzie. Wkrótce przychodzi sprawdzić, czy Maciek nie narobił mu bajzlu na łódce. Szybko zmywam garnek i talerz po zupie, którą ostatecznie zjadłam sama. Potem idziemy z Maćkiem na parking. W aucie siedzi Cristina Guinto.
– O, cześć, Laurie! – cieszy się na mój widok. – Akurat spotkałam Kenny’ego, to też się zabrałam.
– Ten długowłosy to twój chłopak? – pyta Maciek ni w pięć, ni w dziewięć.
– No co ty! – oburza się Cristina, jakby zainsynuował jej coś bardzo obraźliwego. – On chyba już ma chłopaka… znaczy dziewczynę. Wszystko jedno, tak czy owak zajęty.
– Nie martw się, na pewno jeszcze znajdziesz miłość – odpowiada mój nowy przyjaciel, ściskając mnie za rękę.
– Pilnuj swoich spraw, koleś! – Cris nie jest w nastroju na jego kukulanderskie porady sercowe.
Przejażdżka nie trwa długo i już wkrótce jesteśmy w centrum handlowym. Po drodze Kenny chwali się, że on i Robin umówili się na pojutrze na koncert kapeli blackmetalowej Dytiscus.
Na miejscu Cris idzie skorzystać z promocji na kosmetyki, Kenny – kupić sobie płytę, a my z Maćkiem zaczynamy buchtować w odzieży. Nie musi chłopak na razie mieć samych markowych ubrań, wystarczy mu jedna koszula, jedne dżinsy i jedna para butów. Resztę bierzemy z taniej masówki: dwie koszulki polo, pięć kiszertów, drugie dżinsy, spodnie od dresu, szorty, po kilka par skarpetek i bokserek, kurtka niby-futbolowa, trampki i sandały. Do tego opakowanie proszku do prania, plecak, plastikowy portfel i grzebień.
Płacę za odzież, Maciek idzie w ustronne miejsce się przebrać, a ja tymczasem robię jeszcze drobne zakupy spożywcze. Gdy po chwili spotykamy się w głównym pasażu, Maciek ma na sobie ciemne dżinsy, bordową koszulkę oraz trampki.
– A gdzie stare ciuchy? – dziwię się.
– Wyrzuciłem do śmieci. Razem z moim dawnym życiem.
Oglądam go starannie od stóp do głów, nie kryjąc satysfakcji.
– Od razu lepiej! – zauważam. – Teraz nikt by nie powiedział, że nie masz grosza przy duszy!
Maciek rzuca mi się na szyję i mocno przytula, czuję, jak jego ciało drży pod tiszertem.
– Jesteś… bardzo wspaniałoduszna – komplementuje. – Nie wiem, jak ci mam dziękować, Laurie…
– Po pierwsze, znajdź robotę. Po drugie, znajdź jakieś lokum. Po trzecie, jak już będziesz zarabiać, zaproś mnie na kolację. Po dzisiejszych wydatkach ze trzy tygodnie będę musiała oszczędzać.
Trwamy w przytuleniu, gdy nagle gdzieś w oddali, wśrod stoisk, zauważam znajomą sylwetkę i znajome kędziory. Krejzolka Ashley! Odwraca głowę, dostrzega mnie w objęciach Maćka i rzuca mi z dala takiego biczfejsa, że robi mi się zimno…

Nie ma co długo siedzieć  w handlarni. Wychodzimy z zakupami i zmierzamy przez parking do wozu Kenny’ego. Jest odrobinę chłodniej niż w południe, na niebie pojawiły się pękate chmury i przykryły słońce. Wtem, slalomem między zaparkowanymi autami, zmierza ku nam jakiś facet na czworakach. Im jest bliżej, tym wyraźniej widzę, że to starszy pan, koło sześćdziesiątki, w czarnym dresie i szarej czapce z daszkiem.
– Takie ładne dziewczyny, a tak sobie niszczą kręgosłup – zauważa z przyganą, unosząc ku nam głowę.
– Bez przesady – odpowiadam. – Te zakupy wcale nie są takie ciężkie.
– Nie w tym rzecz, że ciężkie, tylko, że tyle czasu chodzicie na dwóch nogach! – mówi nieznajomy takim tonem, jakby musiał nam tłumaczyć podstawowe rzeczy.
– O, przepraszam – odzywa się Cris. – A na ilu miałybyśmy chodzić?
– Oczywiście, że na czworakach! – odpowiada mężczyzna. – Tak jak chodzę ja, moja żona i szwagier!
– Ale właściwie… dlaczego?
– Czytałem w internecie, co pisze jeden doktor, bardzo mądry gość. Wychodzi, że nie ma nic gorszego dla człowieka niż pozycja dwunożna. Nie dość, że strasznie obciąża kręgosłup, to w dodatku mózg jest niedokrwiony, bo krew na taką wysokość nie dopływa jak należy. Człowiek nie powinien jednorazowo stać na tylnych nogach dłużej niż pięć minut!
– To bardzo ciekawa teoria – mówię. – Nigdy o czymś podobnym nie słyszałam.
Nieznajomy wybucha gorzkim śmiechem.
– Skarbie, dej spokój! Ludzie nic nie wiedzą, bo są zmanipulowani przez liberalne media, a potem umierają na zawały. Jak mają nie umierać, kiedy mają serce przeciążone pompowaniem krwi do góry? Przy poziomej, wiecie, orientacji ciała krew by się tłoczyła równomiernie. A już zmuszanie dzieci do lat siedmiu, które są jeszcze nieukształtowane, żeby chodziły na dwóch nogach, to ludobójstwo gorsze niż Wounded Knee!
– Chyba pan troszeczkę przesadza – odpowiada Cristina.
– Przesadzam?! – zaperza się mężczyzna i galopuje wokół nas na czterech. – To poczytaj sobie, wróbelku, gazety, ale te porządne, nie te liberalne! Zobaczysz, ile ludzi choruje!
– Przecież to nienaturalne – oponuję.
– Właśnie, nienaturalne jest chodzenie na dwóch nogach! – przekonuje nieznajomy. – Postawa czworonożna jest dla człowieka właściwa od urodzenia, później się odzwyczaja pod naciskiem społeczeństwa, któremu wbili do głowy, że dwie nogi dobrze, cztery nogi źle! Wszystkie zwierzęta naturalnie chodzą na czworakach, a jeśli wstają, na przykład niedźwiedź albo goryl, to też na krótko!
– Ptaki chodzą na dwóch – zauważam przytomnie.
– Ptaki to co innego! – stwierdza facet z determinacją. – Bo są puste w środku!
– Że co? – pyta oszołomiony Kenny.
– Znaczy, kości mają puste w środku, więc mogą to wytrzymać. Ale dla istoty ludzkiej to niemożliwe!
– Niemożliwe to jest to, co pan tu nam postuluje – odpowiada Cris.
Nieznajomy spogląda na nas z pewną irytacją, jakby się nie spodziewał, że mu nie uwierzymy.
– Wiecie, które zwierzęta są najinteligentniejsze? – zdobywa się na kolejny argument. – Delfiny! A one przecież zazwyczaj poziomo pływają, nie pionowo!
– Pionowo też – upieram się. – I po skosie.
– Ale dużo rzadziej!
Nagle przypominam sobie z całą jaskrawością ten wieczór, gdy wieloryb wiózł mnie na grzbiecie. Do tej pory nie mogę do końca zaakceptować, że to naprawdę był Devlin… Znowu robi mi się smutno, dosyć tego.
– Nie mamy czasu na słuchanie takich bredni, proszę pana – odpowiadam zimno. – Miłego dnia!
Jesteśmy prawie przy samochodzie, kiedy nagle ktoś dzwoni do Kenny’ego. Mój kumpel odbiega na chwilę, wygląda jak zaszokowany. Przez moment pokrzykuje półgłosem do komórki, nerwowo gestykulując, ale z tej odległości nie słyszę, o co mu chodzi. Wreszcie rozłącza się i zamaszyście chowa telefon do kieszeni. Wygląda na zdrowo wkurzonego.
– Co jest? – pyta Cristina.
– Pracownik z przystani – wyjaśnia Kenny. – Jacyś leszcze próbowali się włamać na naszą łódkę!
Spoglądam na Maćka i patrzę, jak na jego twarzy wykwita przerażenie.
– Ale jak to? – dopytuję. – Przecież tam nie ma nic wartościowego, co można by ukraść.
– Może chcieli ukraść samą łódkę – zauważa Cris.
– Gościu mówi, że szedł po pirsie i zobaczył dwóch gości majstrujących przy głównym luku, mieli ze sobą łom. Krzyknął do nich, to spierniczyli. Nie wyglądali na jakichś gangsta: jeden to był starszy facet, po czterdziestce.
– To ma być starszy?
– Od nas na pewno – odpowiada Kenny. – Pracownik zobaczył go chwilę wcześniej i od razu wydał się podejrzany, bo był w ciemnym garniturze. Poza tym jest akurat pochmurno, a on chodził w ciemnych pinglach. A ten drugi miał beżową koszulkę polo i wyglądał jak żołnierz: wąsy, fryzura na słoik…
Z ust Maćka dobywa się wrzask przerażonej rozpaczy.
– Nieee! To ludzie mojego ojca! – wyrzuca z siebie. – Szukają mnie!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

14. Każdy dziwacy inacy



Po obfitującym w dramatyczne wydarzenia piątku sobota mija mi całkiem normalnie, o ile za normalny sposób spędzania czasu można uznać czytanie książki o waleniach pragnących zniszczyć Amerykę.
W swoim dziele Roberto Novotny, powołując się na indiańskie wierzenia, przekonuje, że orki żyją w bungalowach na dnie morza. Jak to pogodzić z faktem, że są ssakami i nie mogą oddychać pod wodą? Na to autor zna odpowiedź: rezydencje te są czymś w rodzaju dzwonów nurkowych, do połowy wypełnionych powietrzem. Dodatkowo jakimś cudem orki mają tam również wszelkie wygody: wodę, światło, gaz i nadajniki ultradźwiękowe dużej mocy, służące im jako odpowiednik radia i internetu.
Dalej jest jeszcze ciekawiej. Novotny twierdzi, że wszystkie orki słuchają króla, którego pałac znajduje się na dnie Rowu Filipińskiego i bujda z chrzanem, że tam jest za duże ciśnienie, żeby jakikolwiek ssak mógł egzystować – to tylko dezinformacja szerzona przez CIA, żeby nikt tam nie łaził. To właśnie tego króla ludzie nazywają Neptunem czy Posejdonem, przedstawiając go błędnie w ludzkiej postaci. Król orek ma w tym pałacu specjalny gong (ciekawe, czym w niego uderza), za którego pomocą wywołuje tsunami. Jego drużyna dysponuje podobnymi ustrojstwami, które pozwalają tworzyć mniej potężne fale. Według Novotnego wielkie tsunami w Indonezji w 2004roku było zemstą orek na ludzkości. Zapomniał jednak napisać, za co. Chyba za całokształt.
Z jakiegoś powodu król orek ma bardzo dobre znajomości w CIA. Autor przytacza tu całą litanię wzmianek o wykorzystywaniu delfinów przez amerykańską marynarkę wojenną. Trzeba mieć umysł totalnie przesiąknięty myśleniem spiskowym, żeby uważać te „dowody” nawet nie za logicznie udowadniające stawianą przez niego tezę, ale w ogóle za pozostające w jakimkolwiek z nią związku.
Nie docieram do rozdziału przekazującego wstrząsającą prawdę o tym, jaki właściwie cel mają machinacje podwodnego imperium i dlaczego uwzięło się ono akurat na Amerykanów. Po drodze bowiem natrafiam na testymoniał jednego z kumpli autora, który pewnego dnia w San Diego wybrał się surfować po paru piwach… i nadział się na stado orek, które zaczęły się nad nim znęcać. Uznałabym to za zapis delirki, gdyby nie to, że zaczynają mnie atakować wspomnienia. Znów przed oczami przesuwają mi się zębate paszcze, znów blizny na plecach zaczynają palić. Nie mogę czytać dalej, rzucam książkę w kąt i przykrywam poduszką.
Jestem roztrzęsiona, oczy napełniają się łzami. Spotkanie z gangiem Fiodora przypomina mi się równie wyraziście, jakby to było wczoraj. A gdyby tak… zadzwonić do Devlina? Może jeszcze nie od razu spisał mnie na straty, może przynajmniej zdołamy pozostać przyjaciółmi na poważnie? Nikt tak jak on nie zrozumie moich lęków! Chwytam za komórkę i wybieram numer. Ale Dev nie odbiera. Zostawił mnie, muszę sobie radzić sama.
W takim razie co z moim nowym wielbicielem Maćkiem? Fakt, jest nieco dziwaczny, ale fajny fizycznie i poniekąd całkiem słodki. Może jego „ciekawe” zachowanie nie pozwoli mi się nudzić. A jednak nie jestem do końca przekonana…
Dlaczego nie mogę, jak normalne dziewczyny, mieć tylko jednego wielbiciela naraz?Którego wybrać? Devlin ma jedną ogromną zaletę, która jest też jego wadą – jest wielorybem. Maciek ma inną wielką zaletę, która tak samo jest wadą – nie jest wielorybem. I jeszcze na dodatek z obydwoma jestem w relacji typu „zostańmy przyjaciółmi”. Może po prostu nie umiem inaczej? Pozostaje wziąć pod uwagę kryterium geograficzne, czyli, mówiąc po ludzku, wziąć się za tego, do którego mam bliżej – a więc Maćka. Tyle że… on może być trochę zwichrowany. Oczywiście to nie jego wina, a raczej, jeśli już, jego okrutnego ojca, ale bycie z takim chłopakiem wymaga nadzwyczajnej wyrozumiałości, cierpliwości i siły woli, których może mi zabraknąć (ciekawe, że w przypadku Devlina, kiedy zdawało mi się, że jest szalony, zupełnie mnie to nie zniechęcało).
Tak się jednak w końcu składa, że nie jadę tego dnia do Maćka. Jakoś nie mam melodii, poza tym no weź, mam też inne zainteresowania poza chłopakami. Maciek mi nie ucieknie, a jeśli nawet ucieknie, to będzie oznaczało, że i tak nie nadawał się dla mnie.
W niedzielę po śniadaniu dzwoni do mnie Kenny.
- Wieczorem podjechałem na łódkę i podrzuciłem twojemu nowemu gachowi trochę żarcia, ale powiedział, że nie potrzebuje. Weź, Laurie, ale ci się trafił wędrowny asceta!
- Naprawdę nic nie ruszył? – pytam zaniepokojona.
- Włożyłem do lodówki. Jak nie zje, to najwyżej ja zjem, tak czy tak korzyść.
- Może jest chory – martwię się.
- Albo po prostu jadł na mieście – Kenny przepuszcza fakty przez różowy filtr.
- Przecież nie ma pieniędzy, tak mi mówił!
- Więc pewnie wyżebrał. Albo skosił komuś trawnik w zamian za obiad, czy coś w tym stylu.
Wieściami od Kenny'ego czuję się na tyle uspokojona, że przez resztę dnia Maciek nie spędza mi już snu z oczu. Jak ja mogę być tak nieczuła i obojętna wobec kogoś, komu być może uratowałam życie? A jednak taka jestem…
W poniedziałek wracam do baru. Robota aż pali mi się w rękach. Biegam z tacą, wycieram stoliki, nabijam zamówienia na kasę, rozmawiam z klientami, podaję: temu herbatę, temu kawę, a temu szklankę wody mineralnej „Kropla Bez Kitu”. Nieskomplikowana praca przynosi mi wytchnienie, jest jak kawałek rzeczywistości, którego mogę się uczepić, by stał się moją opoką.
O trzeciej przychodzi Charlie Courtney. Od razu zamawia drinka, a tata włącza jakiś koncert Mingusa, też Charlesa zresztą.
- Jestem wykończony – mówi Courtney, zajmując stołek przy barze i biorąc teczkę na kolana. – Całą noc pomagałem Nguyenowi gruntować podobrazia.
- O, będzie nowa seria? – pyta ojciec z zaciekawieniem.
- A jak! Tym razem mierzy w wystawę w Meiloch Modern Center w Nowym Jorku. Jeszcze na jutro jestem z nim umówiony. Lecimy do LA po jakieś akryle, a pewnie i tak na koniec wylądujemy w knajpie.
- Artysta to ma życie! – zauważa tata. – Zaczynacie dzień od knajpy i kończycie na knajpie.
- Z wódy powstałeś, w wódę się obrócisz! – przemawia Courtney podniosłym tonem. – Przynajmniej dzięki temu masz zarobek!
I wychyla drinka. Ojciec szybko robi mu następnego.
- Tylko mi nie mów, że zaangażowałeś Toma Nguyena do swojego komiksu – mówi. – Jak to szło, „Buttbelch the Supermighty”?
- Nie, jeszcze z nim o tym nie gadałem. Teraz to tylko takie przyjacielskie przysługi, żeby go odpowiednio urobić, zanim mu zaproponuję współpracę.
Charlie poprawia się na stołku, w jego oczach lśni płomień artystycznego szaleństwa.
- Buttbelch swoją drogą – oznajmia – ale teraz mam nową koncepcję.
- Jezu malusieńki! A cóż to takiego tym razem?
- Serial telewizyjny. „The Enemy Brothers”. To jest o dwóch braciach, którzy mają na imię Search i Destroy.
- Że jak? – rzuca tata z niedowierzaniem.
- Jeden się nazywa Search Enemy, a drugi – Destroy Enemy. Niezłe, co?
- Długo nad tym myślałeś?
- Skąd, wpadło mi to nagle do głowy, kiedy kupowałem pietruszkę w supermarkecie.
- Nie jestem pewien, ale chyba słusznie mi się wydaje, że bracia Enemy wcale nie są kilerami, superbohaterami, agentami rządowymi czy kimś w tym rodzaju?
- A gdzie tam! Jeden sprzedaje używane auta, a drugi jest kominiarzem.
- I co w tym miałoby być pociągającego dla widzów?
- No więc ci bracia, oni mają problem z sąsiadem – Courtney wyraźnie się ożywia. – Bo ten sąsiad ma ambicje, żeby zostać mistrzem zła. Konkretnie, chce wykopać dziurę w dnie oceanu. Naprawdę głęboką dziurę, aż do jądra.
- Po co?
- Żeby zrobić totalny armagedeon. Spuścić z oceanu całą wodę i zalać jądro Ziemi. Bo przestali produkować jego ulubione ciastka i w związku z tym egzystencja nie ma sensu.
Tata zastanawia się nad odpowiedzią.
- Cóż, Charlie, nie można ci odmówić oryginalności.
Wtem do baru wchodzi kolejny gość. Tak się składa, że jest to również artysta, a konkretnie – Joe Tiburczy. Niewiele wyższy ode mnie, ma brodę do pasa i fryzurę na grzybka, jedno i drugie w kolorze wypłowiałego blondu, a ubrany jest w meksykańską bluzę w pionowe granatowo-fioletowe pasy. Kojarzy mi się z Tolkienowskim krasnoludem, ale nie w wersji filmowej, a według moich wyobrażeń przy czytaniu książki.
- O, Courtney! – zauważa Joe z radością. – Ohaio kutamasen, stary zboku!
- Czego się tak cieszysz? – pyta podejrzliwie Courtney.
- Na mieście gadają, że Fred strasznie się na ciebie wścieka. Podobno nazwałeś go małym kurduplem.
- Co takiego? – oburza się Charlie. – To są podłe insynuacje! Nigdy w życiu nie używałem takich określeń jak „mały kurdupel”! Podobnie jak „głupi idiota”, „męski penis” czy „pijany rzeźbiarz”. Co do Freda, to mogłem go nazwać co najwyżej „półdupkiem z cenzusem”.
- A czym on sobie zasłużył na tak barwne określenie?
- Chłopie, za trudne pytania mi zadajesz! Idź, obejrzyj jego najnowszą realizację, to wszystko pojmiesz. Zrozumienie spłynie na ciebie jak na Izaaka Newtona, gdy wyskoczył z wanny z okrzykiem „Eureka!” i tak powstało nasze miasto.
Courtney i Tiburczy zaczynają na całego obgadywać kolegę. Słucham jednym uchem, bo gadają o osobach i zdarzeniach, które nic mi nie mówią, choć swoją dyskusję ubarwiają fantazyjnie złośliwymi komentarzami. Tymczasem pojawiają się nowi klienci, którymi muszę się uprzejmie zająć. O, znowu drzwi się otwierają i wchodzi…
Nie, to nie Devlin. Gdyby tak on tu przyszedł i zmusił me serce do gorączkowego galopu, od razu pozbyłabym się wszelkich wątpliwości. A to niesforny Maciek! Stoi w otwartych drzwiach jak samotny palant przy keyboardzie (przepraszam, tak mi się nasunął cytat z Trenta Reznora) i robi do mnie maślane oczy.
- No, wejdź! Co tak stoisz? – zwracam się do niego.
Maciek robi kilka kroków do środka.
- Stęskniłem się bardzo za tobą – informuje.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Szedłem za głosem serca – odpowiada, a ja nie mam pewności, czy sobie jaj nie robi, choć minę ma bardzo poważną.
Z pewnym zażenowaniem przedstawiam Maćka ojcu, wyraźnie nazywając go kolegą. Potem prowadzę go do stolika.
- Nie zjadłbyś czegoś?
- Nie, dzięki, nie trzeba.
- Jakoś nie masz apetytu. Boję się, że jesteś chory.
- To bardzo miłe, Laurie, ale naprawdę nie jestem głodny. Ważniejsze, żebyś ty nie była. Zresztą twój kumpel podrzucił mi jakieś jedzenie.
- Jakieś? To nawet nie zajrzałeś, co tam było?
- Było ciemno – przyznaje Maciek rozbrajająco.
- Mogę ci teraz postawić jakiś posiłek – oświadczam. – Na koszt zakładu, czyli mój.
- Jesteś bardzo kochana, ale naprawdę nie trzeba – upiera się z przeprośnym uśmiechem. – Jedyne, czego mi brakuje, to właśnie ty i tylko ty.
Ale ja też potrafię być uparta.
- Przynajmniej wody byś się napił – proponuję. – No, zrób to dla mnie, będę spokojniejsza.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – odpowiada Maciek, a ja się zastanawiam, jaka jest łacińska nazwa tej choinki, z której się urwał.
W każdym razie z własnej kieszeni kupuję mu butelkę mineralnej, nalewam do szklanki i podaję do stolika. Maciek przez długą chwilę trzyma szklankę w garści, a potem ze zbolałą miną pije.
Nagle zauważam, że jego koszulka i szorty są całe przemoczone. Od drzwi do stolika pozostawił za sobą mokre ślady butów. Teraz będę musiała to wytrzeć!
- Czemu taki mokry? – dziwię się. – Tylko mi nie mów, że tyle przeze mnie płakałeś, bo będę zmuszona cię zdzielić zieloną pietruszką.
- Ja? – pyta rozkojarzony. – A, poszedłem sobie popływać.
- W ubraniu? – Chłopak jest po prostu niemożliwy. – Słuchaj, Maciek, czy ty przypadkiem nie miałeś gdzieś nad wodą ataku śpiączki? Poważnie pytam, martwię się o ciebie!
Chyba mówię za głośno, bo wydaje mi się, że Charlie i Joe patrzą na nas z zaciekawieniem. Może nawet czerpią inspiracje.
- Nie, Laurie! – przekonuje Maciek. – To mi już nie grozi. Teraz już… jestem całkiem… wypoczęty.
- Chyba że jednak jesteś waleniem i właśnie wyszedłeś z morza po metamorfozie, to wtedy spoko – uściślam swoje stanowisko – ale wolałabym, żebyś wprost mi to powiedział, zniosę takie nowiny.
- Nie wiem, o co ci chodzi z tym waleniem – odpowiada, chyba szczerze. – Prawdę mówiąc, moje poczucie humoru nie jest całkiem kompatybilne z moim. Ale możemy się pięknie różnić, prawda?
Powoli zaczynam tracić cierpliwość. Devlin na pewno nie zaoferowałby mi związku polegającego na prawieniu oklepanych sloganów miłosnych, przeplatanych robieniem z siebie kompletnej sieroty.
- A może byś tak się przebrał w jakieś suche ubranie? – proponuję.
- Nie mam.
Łapię się za głowę, tym bardziej, że do baru wchodzą kolejni klienci i muszę się nimi zająć, a zajmuje mnie dyskusja z tą owcą.
- W te pędy wracaj na łódkę i susz te ciuchy! Jutro pojedziemy do sklepu i kupię ci coś na zmianę.
- Naprawdę? – cieszy się niczym szczeniak, kiedy pani przyjdzie do domu po całym dniu. – A podpowiesz mi, w czym najlepiej wyglądam?
- Jasne, jasne – uspokajam go. – Przepraszam, ale mam robotę.
Niespodziewanie Maciek chwyta mnie mocno powyżej łokcia.
- Czy praca jest ważniejsza ode mnie? – pyta rozpaczliwym tonem.
- Słuchaj, kotuś, jak nie zarobię, to nie będę mieć kasy, żeby, na przykład, pójść z tobą do kina albo coś w tym rodzaju.
Wstaje i niepewnym krokiem kieruje się ku drzwiom. W drzwiach znów zatrzymuje się z ręką na klamce.
- Tylko pamiętaj, że Cię Kocham – przemawia z taką emfazą, że wyraźnie słyszę wielkie litery.
I wychodzi. A ja wracam do pracy, choć jeszcze przez dłuższy czas zerkam co chwila przez okno, żeby się upewnić, że Maciek poszedł, a nie wystaje pod barem. Robota idzie mi sprawnie, ale nastrój jakoś się zwarzył. Narobił mi chłopak siary na oczach ojca i pracodawcy w jednej osobie…
Pragnę zrzucić z siebie brzemię żenady. W wolnej chwili, kiedy klienci akurat są obsłużeni, zaglądam do ojca w pomieszczeniu socjalnym.
- Przepraszam za kolegę – odzywam się. – Jest dość specyficzny.
- A co się stało z Devlinem? – ciekawi się ojciec. – On jakoś bardziej budził zaufanie.
- O, to ciekawe. A Maciek nie?
- Jak by to delikatnie ująć… Jest względnie sympatyczny, ale z drugiej strony… trochę jednak kukunamuniec. Nie żebym miał coś przeciwko temu. Jak mawia jeden prałat, każdy dziwacy inacy, ale, jak widać na załączonym obrazku – spogląda znacząco na Charliego Courtneya i jego kumpla, wychylających kieliszki za barem – nie przeszkadza mi nawet towarzystwo prawdziwych czubów. Za to o ciebie się martwię, Laurie. Może i jest niegroźny, ale widzę, że doprowadza cię do kresu cierpliwości.
- Spokojna głowa, tato, nie zamierzam z nim szczególnie zacieśniać więzów.
Z korytarza widzę, że do baru wchodzi nowa klientka, więc idę przyjąć zamówienie.
- Aha, i jeszcze jedno – mówi tata do moich pleców. – Zęby u niego coś za równe. Taki młody i już protezy?