wtorek, 19 czerwca 2018

21. Ty mi tu coś kręcisz




Spotkanie z Devlinem wprawia moją duszę w stan lewitacji. Nareszcie wszystko w moim życiu znalazło się na swoim miejscu! Nie, to ja sama znalazłam się na swoim miejscu. Odzyskałam miłość, którą uważałam już za utraconą! I nieważne bariery społeczne, biologiczne czy jakieś tam jeszcze. Jestem pewna, że zdołamy sobie wyciosać własny, puchaty mikrokosmos!
Jednak idealna miłość powinna dawać człowiekowi szerszą perspektywę, a nie odbierać mu wzrok i czynić ślepym na fakty. Na przykład na taki, że od czasu całej tej awantury mój rower niezmiennie stoi pod centrum handlowym. Muszę więc tam pokuśtykać, zanim wrócę do domu.
Pod galerią czuję niepokój. A co, jeżeli fanki Jasona ciągle gdzieś tu się czają? Jestem ranna i zmęczona, a teraz nie ma przy mnie Kenny’ego i Ashley, którzy pomogliby mi w razie konfrontacji. Na szczęście barberzynek ani śladu. Wygląda na to, że inwazja została odparta. Szkoda tylko, że w ogóle do niej doszło.
Rower wciąż stoi, nawet mi nie poprzecinały opon. Wsiadam i jadę w stronę domu. Muszę oszczędzać nogę, ale pod górę nie zawsze się da! Mimo wszystko z wyżyn siodełka spoglądam triumfalnie na przechodniów, a radość przepełnia mnie tak wielka, że mam ochotę bez sensu zacząć śpiewać, niczym księżniczka Disneya.
Kiedy przyjeżdżam do domu, mama od razu dostrzega, że utykam. Trudno, żeby nie zauważyła opatrunku na łydce.
– Co ci się stało, Laurie? – pyta z niepokojem.
– A, taka jedna mnie pogryzła.
– Znowu jakaś orka?!
– Nie, tym razem dziewczyna. Homo sapiens, chociaż z tym „sapiens” bym nie przesadzała.
– Jaka znowu dziewczyna?
– Nie przedstawiła się, zresztą jutro będzie o tym w gazecie.
Rodzicielka patrzy na mnie srogo.
– Coś ty znowu narobiła? Czemu ty się tego lata ciągle pakujesz w nowe tarapaty?
– Ja się nie pakuję, mamo. Staram się tylko jak najlepiej robić to, co do mnie należy, a kłopoty mnie znajdują same.
– To nie jest normalne, żeby jakieś dziewczyny chodziły po mieście i bezkarnie gryzły ludzi.
– Kto mówi, że bezkarnie? Trafiły do aresztu.
– No ładnie! Jeszcze nam brakowało sprawy kryminalnej z tobą w roli pokrzywdzonej.
– Wolałabyś, żebym występowała w roli sprawcy?
– Ty mi tu coś kręcisz. Od zawsze dawaliśmy ci z ojcem ogromny margines zaufania, ale ostatnio co tydzień przychodzisz z miasta poszkodowana. Trudno się nie niepokoić w takiej sytuacji!
– A czy niepokój coś zmieni? Bez obawy, mamo.
– Nie wpadłaś ty czasem w złe towarzystwo? – przygląda mi się z lekką podejrzliwością.
– A skąd! Towarzystwo mam to samo co zawsze, a nawet jeszcze lepsze.
– W jakim sensie?
– Devlin się znalazł, a jeśli on nie jest dobrym towarzystwem, to już nie wiem, kto jest.
– O, Devlin! – mama uśmiecha się, pewnie go zapamiętała, zresztą trudno nie zapamiętać kogoś takiego. – To bardzo sympatyczny chłopak. Przyznam, że ten cały Maciek wydawał mi się trochę niezrównoważony. Już z nim zerwałaś?
Wzdycham głęboko, zdawszy sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec przygód na dziś.
– Chyba pozostaniemy w stosunkach przyjacielskich – odpowiadam i wbiegam na piętro.
W pokoju pierwsza rzecz to wrzucić laptopa do torebki, druga – zadzwonić do Toma Buckfeathera.
– No, serwus – mówi sanitariusz bez wesołości. – Twój pacjent nie odzyskał przytomności, poza tym bradykardia i spowolniony oddech… No co ja ci będę mówił, identycznie jak za pierwszym razem. Przyjedziesz tu zaraz dać mu to jego cudowne lekarstwo?
– Jest w szpitalu czy na pogotowiu?
– Zawiozłem go do chałupy, żeby tamci dwaj faceci go nie znaleźli. Nie wiem, co mnie ugryzło. Nie chcę iść, kurna, do kryminału! Jak do północy nie odbierzesz, to go oddaję do szpitala!
– Spokojnie, człowieku – mówię łagodnym tonem. – Już do ciebie jadę!
Wybiegam z domu, rzucam matce w biegu jakieś zdawkowe wyjaśnienie i wsiadam na rower. Po drodze wstępuję do apteki, gdzie kupuję dwie małe strzykawki i sól fizjologiczną, żeby pozorować, że mam lekarstwo. Tak czy inaczej będę musiała sprzedać Tomowi jakiś bajer.
Ratownik mieszka praktycznie na drugim końcu miasta, więc gnam co sił. Jestem już wycieńczona, a ukąszenie daje mi się we znaki, lecz uskrzydla mnie miłość Devlina i konieczność ratowania Maćka! Kiedy zsiadam przed willą Buckfeatherów, zaczynam się słaniać, nogi prawie odmawiają mi posłuszeństwa. Tom chodzi wzdłuż fasady w tę i nazad, jak tygrys w klatce.
– Szybciej się nie dało? – rzuca cały w nerwach.
– A co? Nie mów mi, że jego stan się pogorszył.
– Nie, ale też się nie polepszył.
– Prowadź.
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Moi starzy wracają jutro rano. Jeżeli on mi tu wykorkuje, to ja wszystko opowiem o twojej roli w tej sprawie!
– Nie wykorkuje, spokojnie.
Prowadzi mnie do środka. Przechodzimy przez salon i kierujemy się do tego samego fioletowego pokoju, co za pierwszym razem. Maciek leży przykryty kocem, ale nie na łóżku.
– Dlaczego on jest na podłodze?
– Pewniejszy grunt.
Wyciągam z torebki strzykawkę, nakładam igłę, wbijam do ampułki z solą fizjologiczną i naciągam. Staję nad Maćkiem. Jego nieprzytomne oblicze jest zupełnie bez wyrazu.
– No, rób, co masz robić – ponagla mnie Tom.
– Mógłbyś wyjść na chwilę?
– Po co?
– Trochę się krępuję, muszę mu do zastrzyku… wiesz… ściągnąć ubranie.
– Ja to zrobię, dla mnie to nic dziwnego.
– Ale – czuję, jak wyobraźnia zawodzi mnie w momencie, kiedy potrzebuję wiarygodnej wymówki – muszę to zrobić sama, bo znam dawkowanie. Tak na oko, nie liczbowo.
– To dawaj, przyjrzę się i następnym razem w takiej sytuacji będę wiedział, co robić.
– A może byś herbaty zrobił? Strasznie mi się chce pić.
– Ty mi tu coś kręcisz – stwierdza, patrząc na mnie ze śmiertelną powagą.
– No bo wiesz… – odpowiadam z rumieńcem – jest taka sprawa, że… to jego lekarstwo jest w Stanach nielegalne, bo… on ma tak rzadkie schorzenie, że trzeba… sprowadzać je z zagranicy i… nasze prawodawstwo nie nadąża za potrzebami pacjentów.
– Czyli skąd?
– Nie wiem, chyba ze… Słowenii. A może Słowacji.
– Tam w ogóle mają farmację?
– Nie mam pojęcia. Chłopie, ja wiem tylko tyle, co Maciek mi sam powiedział! To jak z tą herbatą? Może być też melisa, czuję, że będę jej potrzebowała.
Buckfeather wychodzi do przedpokoju. Wtem wyłania się na moment zza framugi.
– Ja się dowiem, co to za cyrk! – zapowiada groźnie.
Kiedy on zajmuje się czajnikiem, szybko odrzucam koc. Maciek leżał za daleko kontaktu, żeby automatycznie zacząć się ładować. Zdejmuję mu but, wyciągam z pięty wtyczkę i podłączam do gniazdka, po czym przykrywam pacjenta z powrotem i opróżniam strzykawkę do doniczki. Wyjmuję z torebki laptopa, by podłączyć go do portu USB pod paznokciem Maćka. Dlaczego to urządzenie tak piekielnie długo się inicjalizuje?
Z kuchni słychać odgłos wody buzującej w czajniku, gdy próbuję wejść w interfejs administracyjny androida. Niespodziewanie pojawia się okno z komunikatem awaryjnym. „Urządzenie nie zostało zamknięte w sposób prawidłowy. Mogło to uniemożliwić działanie niektórych jego funkcji. Uruchomić skan w celu usunięcia błędów?” Oczywiście uruchamiam. To może trochę potrwać…
Nie zdążę. Buckfeather nalewa wodę do kubka, za chwilę przyjdzie. A wtedy ja mu powiem, że co właściwie robię z tym laptopem, zamiast ratować pacjenta?
Niespodziewanie przybywa kawaleria w osobie Kenny'ego, który w tym właśnie momencie dzwoni do Toma. Dlaczego nie przyszło mi do głowy, żebym sama to Andreasowi zaproponowała? W każdym razie, sądząc po wypowiedziach Buckfeathera, mój kumpel zawraca mu głowę jakimiś pytaniami o efekty gitarowe.
Słyszę, jak Tom, wyrzucając z siebie masę fachowych terminów, które nic mi nie mówią, przechodzi do innego pokoju. Po chwili dobiega stamtąd dźwięk gitary elektrycznej, ulegający rozmaitym modulacjom i zniekształceniom. Po każdym kolejnym akordzie głos sanitariusza jest coraz bardziej wściekły i nasycony przekleństwami. Widocznie chłopcy nie mogą dojść do zgody.
Skan dobiegł końca i widzę informację, że akumulator się ładuje. W końcu mogę zajrzeć do interfejsu. Dla pewności sprawdzam, czy opcja śledzenia jest wyłączona. Otwieram menażer sieci znajomych i palec zawisa mi nad klawiaturą.
Czy ja robię rzecz właściwą? Maciek od zawsze pragnął być autonomiczną osobą, nie automatem zależnym od woli użytkownika. To, co zamierzam teraz przeprowadzić, będzie wbrew zasadom, dla których w ogóle ratowałam go przed Garcią i Skinnerem! Ale czy na pewno? Przecież to również jest sposób, w jaki go przed nimi ratuję! Poza tym, bądźmy szczerzy, pojawienie się Maćka sporo mi namieszało w życiu. A to jest jedna, wyjątkowa szansa, żeby to wyprostować! Spośród dwóch moich miłości tylko jedna jest przecież prawdziwa…
Zmieniam swój status w sieci znajomych z „Ukochana” na „Najlepsza Przyjaciółka”, a status „Ukochanej” daję krejzolce Ashley. Niech ma.
Zamykam interfejs. „Urządzenie MACIEK-15 jest w trybie uśpienia. Obudzić po odłączeniu?” Oczywiście! Ledwo udaje mi się odłączyć laptopa od Maćkowego palca, gdy Tom Buckfeather wchodzi do pokoju z herbatą.
Co ty robisz z tym laptopem? – pyta podejrzliwie, stawiając ją na stoliku.
Okazało się, że jednak nie pamiętam dawkowania, musiałam sprawdzić w sieci – odpowiadam tonem najbardziej niewinnym, na jaki mnie stać.
Jezu, Jezu, Jezu… – Tom łapie się za czoło. – Jeżeli pójdę za kratki, to zabiorę cię ze sobą! I jeszcze moi rodzice przyjadą, afera będzie jak stąd do Kalamazoo!
Wykaż się trochę zimną krwią, jak przystało na profesjonalistę medycznego.
Cześć, Laurie! – woła Maciek.
Patrzę, a on nadal leży w niezmienionej pozycji, nawet oczy ma zamknięte. Ostrożnie klękam obok niego.
Wstawaj, nie jesteśmy tu sami!
Zrywa się gwałtownie do pozycji siedzącej.
Gdzie ja jestem? – pyta z szerokim uśmiechem.
U Toma, w tym samym pokoju, gdzie zobaczyłeś mnie pierwszy raz.
Romantycznie! A gdzie Garcia i Skinner?
– Spokojnie, uciekli.
– Odmawiam rozumienia, o co w tym wszystkim chodzi – stwierdza Buckfeather. – Odmawiam!
– W porządku, Tom. Wypiję herbatę i nie będziemy więcej nadużywać twojej gościnności, i tak niesamowicie nam już pomogłeś – oznajmiam. – A teraz możesz przyjąć, że ani mnie, ani jego tu w ogóle nie było.
– I to chyba będzie, kurna, najlepsze wyjście – mówi ratownik. – Też się muszę napić. Czegoś mocniejszego niż herbata.
Kilka minut później wychodzimy przed dom. Wsiadam na rower i jadę powoli, żeby Maciek mógł za mną nadążyć.
– Możesz szybciej – proponuje. Brzmi trochę dziwnie, nie napychając co drugiego zdania stereotypowymi czułościami.
– A nie padnie ci znowu bateria?
– Nie, mam wystarczające minimum, a po drodze się doładuję z miejskiej sieci przesyłowej.
Przyspieszam, a Maciek biegnie równo ze mną.
– Opowiedz, co się właściwie stało – mówi bez śladu zadyszki.
Streszczam mu przebieg tego całego wariackiego dnia. Pomijam tylko, że pomiędzy złożeniem zeznań a przybyciem do Toma byłam jeszcze na randce z Devlinem. Niby przeprogramowałam tego mojego elektronicznego kumpla, ale wolę nie fundować mu zderzenia z rzeczywistością, dopóki nie zobaczę, na ile to było skuteczne.
– Jest nieźle – mówię, starając się ugruntować nową rolę jego najlepszej przyjaciółki. – Przepędziliśmy Garcię i Skinnera, po takiej rozróbie może dadzą sobie spokój.
– Nie, oni jeszcze na pewno wrócą! – woła przerażony, nie przerywając biegu. – Mój ojciec za dużo zainwestował w projekt będący mną, żeby tak łatwo odpuścić!
– Wymyślimy coś, obiecuję!
– Dzięki, Laurie! – Maciek dotyka mojego barku. – Zawsze można na ciebie liczyć.
– Dokąd teraz pójdziesz? – pytam.
– Spróbuję złapać autobus do Klamath, może się jeszcze załapię na nocną zmianę w fabryce.
– A mnie już pora do domu. To był bardzo męczący dzień, a od jutra wracam do baru.
Nie mówię Maćkowi, że nie tylko do baru mam zamiar wrócić, ale w uszach dźwięczy mi wspomnienie wielorybiej pieśni.

wtorek, 24 kwietnia 2018

20. Nowe otwarcie



Podnoszę się z wysiłkiem, wszystko mnie boli. Rozglądam się dookoła. Fanki Jasona Barbera zwiały, pozostawiając na podłodze galerii handlowej dwie nieprzytomne koleżanki. Krejzolka Ashley siedzi pod ścianą i jęczy. Maciek nie jęczy, bo całkiem bezwładnie leży na rogu korytarza prowadzącego do toalet. Ludzie z sąsiednich sklepów przyglądają nam się z niepokojem. Kenny Andreas stoi z rękami w górze, a ochroniarz trzyma go na muszce.
– Mogę zadzwonić do kumpla? – upewnia się Kenny. – Jest z pogotowia.
– Dobrze – zgadza się opryskliwie stary. – Tylko bez żadnych sztuczek.
            Kenny powolnym ruchem opuszcza rękę, wyciąga z kieszeni telefon i wybiera numer.
– Jesteś jeszcze przy aucie?… Człowieku, ale się narobiło! Chodź tu szybko z apteczką!
            Chowa telefon i znów podnosi rękę do góry. Ja tymczasem rzucam się do Maćka. Jest całkiem wyłączony, żadnych oznak przytomności. Czy oni go nie załatwili definitywnie? Dopiero po opanowaniu wewnętrznego drżenia udaje mi się wyczuć ledwo dostrzegalny oddech i powolne bicie serca. Znowu jest w trybie słabej baterii. Może jeszcze da się go uratować! Jeżeli tylko obwody mu się nie poprzepalały.
– Gdzie byliście przez cały ten czas? – pytam Kenny’ego z wyrzutem.
– Kupiłem se wzmacniacz i poszliśmy z Tomem zanieść go do auta. Mniejsza o to, a ty jak się czujesz?
– No wiesz… Przez ostatnie kilka minut zostałam zwymyślana, pobita, ugryziona w nogę, prawie uduszona i porażona prądem, i to wszystko przed randką, makijaż i fryzura na złom. Nie mam powodu do narzekań, w Guantanamo na pewno mają gorzej.
Nadchodzi Tom Buckfeather, niosąc fluorescencyjny czerwony neseser ratownika medycznego. Chyba wszędzie go ze sobą wozi, ot tak na wszelki wypadek.
– Santa Maria i Jołzef, co się stało się? – wybucha zaskoczeniem.
– Długo by opowiadać – wzdycham znużona.
Tom legitymuje się przed ochroniarzem, który pozwala mu wykonywać czynności. Krejzolka Ashley najlżej oberwała, ale najgłośniej jęczy. Buckfeather ignoruje ją i zaczyna od nieprzytomnych dziewczyn. Dostrzegłszy Maćka, przy którym cały czas kucam, bezgłośnie przeżuwa przekleństwo.
– Znowu on? Co z nim?
– Jest w tej swojej śpiączce – wyjaśniam. – Wiem, co trzeba zrobić, powiedział mi. Położyłam go w bocznej ustalonej. Będę musiała mu dać zastrzyk, ale nie mam przy sobie.
– No to co za łapserdak, że sam własnych leków przy sobie nie nosi? – pyta Tom zdezorientowany.
            Kiedy zaczyna bandażować mi łydkę, na korytarz wpadają policjanci. Przynajmniej dobrze, że do całej rozróby nie wezwano antyterrorystów, a zwykłych krawężników.
– Jestem z pogotowia! – woła Tom na ich widok. – Wszystkim poszkodowanym została udzielona pierwsza pomoc!
– Ty strzelałeś?! – wrzeszczy sierżant policji na Kenny’ego.
– Nie, panie władzo! – ochroniarz staje w jego obronie. – To tamci, widziałem!
– Jacy tamci?
– Ci, co uciekli!
            Pakują nas do radiowozów i przewożą na komendę, żeby złożyć zeznania. Jadę z Kennym i krejzolką Ashley. Na parkingu stoi karetka, która przyjechała po nieprzytomnych. Martwię się o Maćka. Co z nim dalej będzie? Przy byle pobraniu krwi lekarze się zorientują, że to, co płynie w jego żyłach, to tylko syntetyczna imitacja, mająca zmylić mniej dociekliwych. A co dopiero, kiedy zrobią mu prześwietlenie! Tom nie jest wtajemniczony, ale zanim wsiadłam, pocieszał, że będzie dobrze. Nie czuję się uspokojona i całą drogę się dręczę.
            Na posterunku przesłuchują najpierw Ashley, potem mnie. Policjantka o jasnej cerze i blond włosach do ramion jest profesjonalnie obojętna. Staram się mówić zwięźle, na temat i bez ozdobników, ale i tak muszę czasem szczegółowiej coś wyjaśnić. Bardzo ją interesuje Maciek. Mówię, że nie znam jego nazwiska, bo od początku znajomości zwracamy się do siebie tylko po imieniu. Teoretycznie mogłabym powiedzieć „Schwarzgewitter”, ale to by się wiązało z ryzykiem wystawienia Maćka ludziom profesora, więc milczę. Ostatecznie nie wiem przecież, jakiego Maciek naprawdę używa nazwiska, o ile w ogóle. Na pytanie, gdzie on teraz jest, odpowiadam, że ostatnio widziałam, jak zajmował się nim sanitariusz.
Po złożeniu zeznań wypuszczają mnie, tak samo zresztą jak Ashley i Kenny’ego, którego machanie nienaładowanym pistolcem uznano za obronę konieczną. Dwie barberzynki poszkodowane w bójce doszły tymczasem do siebie i od razu zostały aresztowane. To się dopiero nazywa brutalne przebudzenie! Niepokoi mnie tylko, że pozostałe, z Nevvie McGovern na czele, się wymknęły. Jeżu malusieńki, jestem zmachana jak dziki osioł, wszystko mnie boli i nie mam ochoty na nic, a przecież dopiero wpół do trzeciej…
Wtem dociera do mnie z całą jaskrawością, że o drugiej byłam umówiona. Czuję się, jakby moje serce skoczyło do studni. Tyle emocji, tyle przygotowań… I wszystko na nic!
Czyżby? Może ON jeszcze na mnie czeka! Może się nawet nie pogniewa! Nie wpadać w panikę, tylko naprzód! Problem w tym, że policjanci zawieźli mnie na plasterunek, a rower został pod galerią. Ale lodziarnia jest bliżej! Ruszam więc z obuwia przed siebie. Trochę kuleję: Tom zawodowo zabandażował mi nogę, ale nie przestała mnie przez to boleć. Wreszcie jestem u Fridy Gaussen. Wpadam do środka, rozglądam się…
            Nie ma go! Czterdzieści minut czekał bezskutecznie, pewnie pomyślał, że go wystawiłam. Co za beznadziejność! Zepsułam w tej znajomości wszystko, co było do zepsucia! Zbiera mi się na płacz…
A może jednak nie wszystko stracone? Wybiegam z lokalu jak oparzona, ludzie biorą mnie pewnie za niebezpieczną wariatkę. Spoglądam w lewo, spoglądam w prawo, licząc na to, że dostrzegę gdzieś sylwetkę Deva. Dalej negatywnie!
Nie licząc za bardzo na pomyślny rezultat, skręcam za róg. I wtedy go widzę. Ma na sobie dżinsy i koszulę w granatową kratę. Czy to na pewno on? Przecież jest odwrócony tyłem, ale moje serce, albo, jak kto woli, rozwinięta ewolucyjnie zdolność rozpoznawania wzorców, bez trudu poznaje jego sylwetkę i fryzurę.
– Devliiinnnnnnnnnnn!!! – próbuję krzyknąć, ale jestem za bardzo zmęczona po wszystkich dzisiejszych wrażeniach i wydaję z siebie jedynie rachityczny pisk.
            Nie słyszy! Na tym etapie już nie myślę, po prostu biegnę, byle tylko go dogonić, nim zniknie za rogiem czy wsiądzie do zaparkowanego gdzieś auta. Kiedy jestem już ze sześćdziesiąt jardów od niego, Dev się odwraca, a jego głębokie, ciemne oczy przebijają moje biedne serce. Równocześnie zraniona noga odmawia mi posłuszeństwa i wnet padam na chodnik, tłukąc się w kolano. Granatowooki wydaje okrzyk niepokoju, podbiega i wyciąga do mnie rękę.
– Muszę przyznać, że twoje spojrzenie zwala z nóg – mówię z bladym uśmiechem.
            Lecz kiedy czuję ciepło jego ręki i spoglądam w równie ciepłą twarz, okazuje się, że to już dla mnie za wiele. Rozklejam się ostatecznie i bucham niepowstrzymanym płaczem, pejoratywne określenie „ryczeć” w tym przypadku nie ma w sobie ani krzty przesady.
– Dlaczego płaczesz? – niepokoi się.
– Nie, po prostu mam wrażliwe spojówki od tego słońca… – udaje mi się wyszlochać.
Jakże wiarygodnie to brzmi wobec wodogrzmotów płynących mi po policzkach! Devlin bierze mnie w ramiona, przytula. Wciskając twarz w jego nagrzaną słońcem koszulę, drżę i łkam jak przy oglądaniu romansu ze złym zakończeniem.
– Tak bardzo za tobą tęskniłam… – z prawdziwym wysiłkiem werbalizuję emocje. – A jak przyszło co do czego… spóźniłam się!
– Nie przychodziłaś, więc postanowiłem wyjść ci na spotkanie – wyjaśnia. – Ale nadeszłaś nie z tej strony, z której mi się wydawało.
– Przepraszam, miałam wysoce hardkorowy dzień – mówię, wskazując opatrunek na łydce.
– Znowu orki? – pyta Dev z niepokojem.
– Nie, tym razem dwunożne drapieżniki. Zaraz ci opowiem ze szczegółami, tylko usiądźmy gdzieś, bo już nie mam siły po tym wszystkim.
            Wracamy do Fridy Gaussen. Zajmujemy stolik, siadając obok siebie. Zamawiam trzy gałki lodów cytrynowych, Devlin – jedną waniliową i dwie orzechowe. Nie mogę się na niego napatrzyć. Każde pasmo jego włosów i każda krzywizna jego lica utkane są z atomów mojego ideału.
– Niewiarygodnie się cieszę, Laurie, że zdecydowałaś się… kontynuować naszą znajomość.
– Nie zasługuję na ciebie, Dev – wypalam nagle i znów zaczynam niepowstrzymanie łkać.
– Co ty opowiadasz! Jestem pewien, że właśnie ty jesteś dla mnie najbardziej odpowiednia. Jesteś kimś, kto sprawia, że świat staje się lepszy.
– I właśnie przez to wszystko zepsułam! Wiesz, po twoim wyznaniu sądziłam, że między nami już nic nie wyjdzie. Było mi naprawdę ciężko, ale nie mogłam…
– Trudno cię winić, że akceptacja tego, kim naprawdę jestem, nie przyszła ci łatwo.
– No i po drodze, a raczej przy drodze, przytrafił się jeden chłopak… – próbuję wyjaśnić swoją sytuację. – On mi się nawet nie podobał… to znaczy podobał tylko trochę, optycznie.
– Ale teraz nie jesteś z nim w związku? – pyta ostrożnie. – Nie chciałbym stać się dla ciebie komplikacją.
– W żadnym wypadku! W sumie to nie byliśmy na serio parą, ale… on się we mnie zadurzył, a ja nie mogłam tak po prostu go olać, bo wszystko się zaczęło od tego, że uratowałam mu życie. Choć nie do końca można mówić o życiu, bo się okazało, że on jest robotem…
            Wybucham histerycznym śmiechem, choć łzy zsuwają się po mych policzkach jak bomby głębinowe po burcie okrętu. Devlin przytula mnie mocniej, głaszcze po włosach. Czuję się wystarczająco ośmielona, by opowiedzieć mu po ludzku całą historię z Maćkiem. No, prawie całą, bo incydent w moim pokoju można sobie darować. Przy okazji wyjaśniam też, jak to było z rozróbą w centrum handlowym.
– To wprost niesamowite – komentuje Dev.
            Wzdycham z ulgą.
– Nie masz pojęcia, jak mi lżej, że mogłam z kimś się w końcu podzielić tym całym kuriozem. Bracia Andreas i krejzolka Ashley wiedzą, że tamci faceci chcą porwać Maćka, ale nikt w mieście nie ma pojęcia, że chłopak jest androidem. Tylko my dwoje.
– Ja na pewno nikomu nie powiem – stwierdza Devlin z tajemniczym uśmiechem.
            Rozmowa jest tak potwornie emocjonalna, tak miota moimi trzewiami, że nie jestem w stanie jeść lodów. Topnieją, a ja się tym nie przejmuję. Sama topnieję.
– Na pewno się nie gniewasz? – upewniam się. – Zniknęłabym go ze swojego życia, gdyby miało to spowodować, że wrócisz do mnie.
– Nie wymagam od ciebie niczego w tym rodzaju – Granatowooki wydaje się urażony. – Nie należę do osób, które każą swoim wybrankom zrywać z całym dotychczasowym życiem.
– Nawet mimo że on…?
– Jeszcze raz – mówi Devlin twardo. – Podoba mi się w tobie to, że czynisz świat lepszym i angażujesz się. Gdybyś po to, żeby być ze mną, miała odmówić komuś ratunku, wtedy nie chciałbym związku z kimś takim.
            Już całkiem mnie zdobył. Czuję, jak wszystko w mej głowie i trzewiach układa się na właściwym miejscu. Obecność Devlina budzi we mnie taką euforię, że natychmiast wmiatam lody, choć już prawie całkiem rozpuszczone. Spontanicznie chwytam go pod stolikiem za kolano, aż wypuszcza dech z wrażenia.
– Chodźmy na spacer – proponuję szeptem.
            Wychodzimy z lokalu, biorę Granatowookiego pod ramię i ruszamy na północ, ku plaży. Czuję się bardzo szczęśliwa, mimo wszystkiego, co przeżyłam parę godzin temu.
– Kocham cię, Dev – wyznaję prostolinijnie, niesiona falą pozytywnych uczuć. – Teraz rozumiem, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni.
– Oboje żyjemy na granicy dwóch światów – odpowiada. – Ja co prawda bardziej, ale może i na ciebie przyjdzie czas. Prędzej mnie zrozumiesz niż inna dziewczyna z lądu, ale też niż inna dziewczyna z morza.
– Nuala mówiła, że podobno masz w oceanie spore powodzenie.
– Podobno – zgadza się. – Ale ostatnio wpadłem w taką mieliznę, że zupełnie tego nie zauważałem, nie obchodziło mnie.
– Mieliznę?
– Straciłem chęć do życia. Na lądzie się na to podobno mówi „depresja”.
– Stan depresyjny – poprawiam odruchowo, bo prawdziwa depresja to poważna sprawa.
– Mieliźniany.
Oboje wybuchamy śmiechem. Na dzień dzisiejszy ten stan, jakkolwiek go zwać, nam nie grozi, skoro mamy siebie.
– Zupełnie straciłem apetyt – przyznaje Dev. – Rodzice domyślili się, że chodzi o dziewczynę, ale źle się do tego zabrali. Zaczęli mi podsuwać różne kandydatki. Byli tak zdesperowani, że sugerowali nawet Mahvash-i Qermez z Morza Arabskiego! Nie wiem, czy wiesz, co to znaczy wśród humbaków?
– Coś mi się obiło o uszy – mówię. – Tamtejsza populacja jest bardzo odizolowana od reszty i nie migruje, prawda?
            Ściskam jego ramię i zawisam jak ciężki owoc na cienkim drzewku, wprost przyginając Devlina do ziemi.
– Och, jak bardzo bym pragnęła wskoczyć do wody razem z tobą, żebyśmy wędrowali razem przez dziesiątki mil morskich! Daleko od zarozumiałych gwiazdorów i ich świrniętych fanek, szalonych naukowców, fanatyków religijnych…
– Nasze życie nie jest sielanką, Laurie. Mamy swoją porcję problemów. Gdyby tak nie było, nie musiałbym regularnie wychodzić na ląd, żeby załatwiać różne sprawy w imieniu plemienia, jak negocjacje z przedsiębiorstwami rybackimi, żeby nie wchodziły na nasze łowiska. A i w oceanie nie ma arkadii. Na przykład gang Fiodora.
            Granatowa głębia jego spojrzenia osuwa się ku mojej łydce.
– Kiedy zobaczyłem twój bandaż, nie przypadkiem akurat orki przyszły mi do głowy – wyjaśnia. – Te łobuzy robią się coraz bezczelniejsze, w ostatnich tygodniach kilka razy napadły na naszych. Do mnie czują respekt po tym, jak im spuściłem lanie, ale nie mogę być wszędzie. Zresztą nie chcę być morskim policjantem, nie nadaję się do tego.
            Wchodzimy do parku nad cieśniną. Słońce rzuca złotymi oszczepami na zieloną trawę, na której rozciągnęło się kilka osób. Po drugiej stronie wody kuter Straży Przybrzeżnej mija szeregi zacumowanych jachtów. Mewy hałaśliwie żebrają o chleb, chociaż to im rozwali żołądek.
– A więc jesteśmy? – pytam dla pewności.
– Gdzie?
– Razem – precyzuję. – Parą. Chodzimy ze sobą. Ty i ja. Laura Amber Mazzotta z Redwood Empire i Devlin jak-ci-tam z klanu pacyficznych humbaków. Miłość możliwa tylko na pograniczu między ekosystemem morskim a lądowym.
– To będzie dla mnie największe szczęście – odpowiada.
            Staję na palcach i z całą świadomością, odpowiedzialnością i odwagą całuję go. To wspaniałe uczucie. Kontakt naszych ust przeciągam tak długo, że tracę równowagę, lecz Dev chwyta mnie w talii i siłą rzeczy przyciska do siebie. I diabła z tym, że mam potarganą fryzurę i zepsuty, prowizorycznie tylko poprawiony makijaż! Moje miejsce jest tutaj, w jego ramionach!
– Powiedz w końcu, że mnie kochasz.
– Z poganianiem się nie liczy – odpowiada. – Ale i tak kocham.
– Kogo?
– Cię.
– I to jest prawidłowa odpowiedź! Kiedy się znów zobaczymy? Za tydzień?
– Będę w mieście jutro.
            Nie wiem, ile czasu mija, ale na pewno dużo. Stoimy, patrzymy sobie w oczy albo dla odmiany się całujemy, żadne z nas nie ma odwagi, żeby zrobić pierwszy krok ku pożegnaniu. Ale skoro już jutro mamy się znów zobaczyć?
– Dobrze, słoneczko – mówię w końcu, odsuwając się bardzo powoli i delikatnie. – Zostawiłam rower pod centrum handlowym. Muszę zobaczyć, czy te zołzy od Jasona nie spuściły mi powietrza z dętek.
– Uważaj na skrzyżowaniach.
Devlin unosi dłoń i zawraca. A ja wcale nie idę po rower. Stoję tam jak ostatnia dura, jakby mi ktoś zakopał nogi w gruncie, i patrzę, jak mój oceaniczny ukochany rusza na iskos w kierunku wody. Niewątpliwie po to, żeby przybrać w niej swój prawdziwy kształt.
W końcu znika mi z oczu za budynkiem biura rekreacji, a wtedy i ja zawracam.