poniedziałek, 7 sierpnia 2017

14. Każdy dziwacy inacy



Po obfitującym w dramatyczne wydarzenia piątku sobota mija mi całkiem normalnie, o ile za normalny sposób spędzania czasu można uznać czytanie książki o waleniach pragnących zniszczyć Amerykę.
W swoim dziele Roberto Novotny, powołując się na indiańskie wierzenia, przekonuje, że orki żyją w bungalowach na dnie morza. Jak to pogodzić z faktem, że są ssakami i nie mogą oddychać pod wodą? Na to autor zna odpowiedź: rezydencje te są czymś w rodzaju dzwonów nurkowych, do połowy wypełnionych powietrzem. Dodatkowo jakimś cudem orki mają tam również wszelkie wygody: wodę, światło, gaz i nadajniki ultradźwiękowe dużej mocy, służące im jako odpowiednik radia i internetu.
Dalej jest jeszcze ciekawiej. Novotny twierdzi, że wszystkie orki słuchają króla, którego pałac znajduje się na dnie Rowu Filipińskiego i bujda z chrzanem, że tam jest za duże ciśnienie, żeby jakikolwiek ssak mógł egzystować – to tylko dezinformacja szerzona przez CIA, żeby nikt tam nie łaził. To właśnie tego króla ludzie nazywają Neptunem czy Posejdonem, przedstawiając go błędnie w ludzkiej postaci. Król orek ma w tym pałacu specjalny gong (ciekawe, czym w niego uderza), za którego pomocą wywołuje tsunami. Jego drużyna dysponuje podobnymi ustrojstwami, które pozwalają tworzyć mniej potężne fale. Według Novotnego wielkie tsunami w Indonezji w 2004roku było zemstą orek na ludzkości. Zapomniał jednak napisać, za co. Chyba za całokształt.
Z jakiegoś powodu król orek ma bardzo dobre znajomości w CIA. Autor przytacza tu całą litanię wzmianek o wykorzystywaniu delfinów przez amerykańską marynarkę wojenną. Trzeba mieć umysł totalnie przesiąknięty myśleniem spiskowym, żeby uważać te „dowody” nawet nie za logicznie udowadniające stawianą przez niego tezę, ale w ogóle za pozostające w jakimkolwiek z nią związku.
Nie docieram do rozdziału przekazującego wstrząsającą prawdę o tym, jaki właściwie cel mają machinacje podwodnego imperium i dlaczego uwzięło się ono akurat na Amerykanów. Po drodze bowiem natrafiam na testymoniał jednego z kumpli autora, który pewnego dnia w San Diego wybrał się surfować po paru piwach… i nadział się na stado orek, które zaczęły się nad nim znęcać. Uznałabym to za zapis delirki, gdyby nie to, że zaczynają mnie atakować wspomnienia. Znów przed oczami przesuwają mi się zębate paszcze, znów blizny na plecach zaczynają palić. Nie mogę czytać dalej, rzucam książkę w kąt i przykrywam poduszką.
Jestem roztrzęsiona, oczy napełniają się łzami. Spotkanie z gangiem Fiodora przypomina mi się równie wyraziście, jakby to było wczoraj. A gdyby tak… zadzwonić do Devlina? Może jeszcze nie od razu spisał mnie na straty, może przynajmniej zdołamy pozostać przyjaciółmi na poważnie? Nikt tak jak on nie zrozumie moich lęków! Chwytam za komórkę i wybieram numer. Ale Dev nie odbiera. Zostawił mnie, muszę sobie radzić sama.
W takim razie co z moim nowym wielbicielem Maćkiem? Fakt, jest nieco dziwaczny, ale fajny fizycznie i poniekąd całkiem słodki. Może jego „ciekawe” zachowanie nie pozwoli mi się nudzić. A jednak nie jestem do końca przekonana…
Dlaczego nie mogę, jak normalne dziewczyny, mieć tylko jednego wielbiciela naraz?Którego wybrać? Devlin ma jedną ogromną zaletę, która jest też jego wadą – jest wielorybem. Maciek ma inną wielką zaletę, która tak samo jest wadą – nie jest wielorybem. I jeszcze na dodatek z obydwoma jestem w relacji typu „zostańmy przyjaciółmi”. Może po prostu nie umiem inaczej? Pozostaje wziąć pod uwagę kryterium geograficzne, czyli, mówiąc po ludzku, wziąć się za tego, do którego mam bliżej – a więc Maćka. Tyle że… on może być trochę zwichrowany. Oczywiście to nie jego wina, a raczej, jeśli już, jego okrutnego ojca, ale bycie z takim chłopakiem wymaga nadzwyczajnej wyrozumiałości, cierpliwości i siły woli, których może mi zabraknąć (ciekawe, że w przypadku Devlina, kiedy zdawało mi się, że jest szalony, zupełnie mnie to nie zniechęcało).
Tak się jednak w końcu składa, że nie jadę tego dnia do Maćka. Jakoś nie mam melodii, poza tym no weź, mam też inne zainteresowania poza chłopakami. Maciek mi nie ucieknie, a jeśli nawet ucieknie, to będzie oznaczało, że i tak nie nadawał się dla mnie.
W niedzielę po śniadaniu dzwoni do mnie Kenny.
- Wieczorem podjechałem na łódkę i podrzuciłem twojemu nowemu gachowi trochę żarcia, ale powiedział, że nie potrzebuje. Weź, Laurie, ale ci się trafił wędrowny asceta!
- Naprawdę nic nie ruszył? – pytam zaniepokojona.
- Włożyłem do lodówki. Jak nie zje, to najwyżej ja zjem, tak czy tak korzyść.
- Może jest chory – martwię się.
- Albo po prostu jadł na mieście – Kenny przepuszcza fakty przez różowy filtr.
- Przecież nie ma pieniędzy, tak mi mówił!
- Więc pewnie wyżebrał. Albo skosił komuś trawnik w zamian za obiad, czy coś w tym stylu.
Wieściami od Kenny'ego czuję się na tyle uspokojona, że przez resztę dnia Maciek nie spędza mi już snu z oczu. Jak ja mogę być tak nieczuła i obojętna wobec kogoś, komu być może uratowałam życie? A jednak taka jestem…
W poniedziałek wracam do baru. Robota aż pali mi się w rękach. Biegam z tacą, wycieram stoliki, nabijam zamówienia na kasę, rozmawiam z klientami, podaję: temu herbatę, temu kawę, a temu szklankę wody mineralnej „Kropla Bez Kitu”. Nieskomplikowana praca przynosi mi wytchnienie, jest jak kawałek rzeczywistości, którego mogę się uczepić, by stał się moją opoką.
O trzeciej przychodzi Charlie Courtney. Od razu zamawia drinka, a tata włącza jakiś koncert Mingusa, też Charlesa zresztą.
- Jestem wykończony – mówi Courtney, zajmując stołek przy barze i biorąc teczkę na kolana. – Całą noc pomagałem Nguyenowi gruntować podobrazia.
- O, będzie nowa seria? – pyta ojciec z zaciekawieniem.
- A jak! Tym razem mierzy w wystawę w Meiloch Modern Center w Nowym Jorku. Jeszcze na jutro jestem z nim umówiony. Lecimy do LA po jakieś akryle, a pewnie i tak na koniec wylądujemy w knajpie.
- Artysta to ma życie! – zauważa tata. – Zaczynacie dzień od knajpy i kończycie na knajpie.
- Z wódy powstałeś, w wódę się obrócisz! – przemawia Courtney podniosłym tonem. – Przynajmniej dzięki temu masz zarobek!
I wychyla drinka. Ojciec szybko robi mu następnego.
- Tylko mi nie mów, że zaangażowałeś Toma Nguyena do swojego komiksu – mówi. – Jak to szło, „Buttbelch the Supermighty”?
- Nie, jeszcze z nim o tym nie gadałem. Teraz to tylko takie przyjacielskie przysługi, żeby go odpowiednio urobić, zanim mu zaproponuję współpracę.
Charlie poprawia się na stołku, w jego oczach lśni płomień artystycznego szaleństwa.
- Buttbelch swoją drogą – oznajmia – ale teraz mam nową koncepcję.
- Jezu malusieńki! A cóż to takiego tym razem?
- Serial telewizyjny. „The Enemy Brothers”. To jest o dwóch braciach, którzy mają na imię Search i Destroy.
- Że jak? – rzuca tata z niedowierzaniem.
- Jeden się nazywa Search Enemy, a drugi – Destroy Enemy. Niezłe, co?
- Długo nad tym myślałeś?
- Skąd, wpadło mi to nagle do głowy, kiedy kupowałem pietruszkę w supermarkecie.
- Nie jestem pewien, ale chyba słusznie mi się wydaje, że bracia Enemy wcale nie są kilerami, superbohaterami, agentami rządowymi czy kimś w tym rodzaju?
- A gdzie tam! Jeden sprzedaje używane auta, a drugi jest kominiarzem.
- I co w tym miałoby być pociągającego dla widzów?
- No więc ci bracia, oni mają problem z sąsiadem – Courtney wyraźnie się ożywia. – Bo ten sąsiad ma ambicje, żeby zostać mistrzem zła. Konkretnie, chce wykopać dziurę w dnie oceanu. Naprawdę głęboką dziurę, aż do jądra.
- Po co?
- Żeby zrobić totalny armagedeon. Spuścić z oceanu całą wodę i zalać jądro Ziemi. Bo przestali produkować jego ulubione ciastka i w związku z tym egzystencja nie ma sensu.
Tata zastanawia się nad odpowiedzią.
- Cóż, Charlie, nie można ci odmówić oryginalności.
Wtem do baru wchodzi kolejny gość. Tak się składa, że jest to również artysta, a konkretnie – Joe Tiburczy. Niewiele wyższy ode mnie, ma brodę do pasa i fryzurę na grzybka, jedno i drugie w kolorze wypłowiałego blondu, a ubrany jest w meksykańską bluzę w pionowe granatowo-fioletowe pasy. Kojarzy mi się z Tolkienowskim krasnoludem, ale nie w wersji filmowej, a według moich wyobrażeń przy czytaniu książki.
- O, Courtney! – zauważa Joe z radością. – Ohaio kutamasen, stary zboku!
- Czego się tak cieszysz? – pyta podejrzliwie Courtney.
- Na mieście gadają, że Fred strasznie się na ciebie wścieka. Podobno nazwałeś go małym kurduplem.
- Co takiego? – oburza się Charlie. – To są podłe insynuacje! Nigdy w życiu nie używałem takich określeń jak „mały kurdupel”! Podobnie jak „głupi idiota”, „męski penis” czy „pijany rzeźbiarz”. Co do Freda, to mogłem go nazwać co najwyżej „półdupkiem z cenzusem”.
- A czym on sobie zasłużył na tak barwne określenie?
- Chłopie, za trudne pytania mi zadajesz! Idź, obejrzyj jego najnowszą realizację, to wszystko pojmiesz. Zrozumienie spłynie na ciebie jak na Izaaka Newtona, gdy wyskoczył z wanny z okrzykiem „Eureka!” i tak powstało nasze miasto.
Courtney i Tiburczy zaczynają na całego obgadywać kolegę. Słucham jednym uchem, bo gadają o osobach i zdarzeniach, które nic mi nie mówią, choć swoją dyskusję ubarwiają fantazyjnie złośliwymi komentarzami. Tymczasem pojawiają się nowi klienci, którymi muszę się uprzejmie zająć. O, znowu drzwi się otwierają i wchodzi…
Nie, to nie Devlin. Gdyby tak on tu przyszedł i zmusił me serce do gorączkowego galopu, od razu pozbyłabym się wszelkich wątpliwości. A to niesforny Maciek! Stoi w otwartych drzwiach jak samotny palant przy keyboardzie (przepraszam, tak mi się nasunął cytat z Trenta Reznora) i robi do mnie maślane oczy.
- No, wejdź! Co tak stoisz? – zwracam się do niego.
Maciek robi kilka kroków do środka.
- Stęskniłem się bardzo za tobą – informuje.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Szedłem za głosem serca – odpowiada, a ja nie mam pewności, czy sobie jaj nie robi, choć minę ma bardzo poważną.
Z pewnym zażenowaniem przedstawiam Maćka ojcu, wyraźnie nazywając go kolegą. Potem prowadzę go do stolika.
- Nie zjadłbyś czegoś?
- Nie, dzięki, nie trzeba.
- Jakoś nie masz apetytu. Boję się, że jesteś chory.
- To bardzo miłe, Laurie, ale naprawdę nie jestem głodny. Ważniejsze, żebyś ty nie była. Zresztą twój kumpel podrzucił mi jakieś jedzenie.
- Jakieś? To nawet nie zajrzałeś, co tam było?
- Było ciemno – przyznaje Maciek rozbrajająco.
- Mogę ci teraz postawić jakiś posiłek – oświadczam. – Na koszt zakładu, czyli mój.
- Jesteś bardzo kochana, ale naprawdę nie trzeba – upiera się z przeprośnym uśmiechem. – Jedyne, czego mi brakuje, to właśnie ty i tylko ty.
Ale ja też potrafię być uparta.
- Przynajmniej wody byś się napił – proponuję. – No, zrób to dla mnie, będę spokojniejsza.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – odpowiada Maciek, a ja się zastanawiam, jaka jest łacińska nazwa tej choinki, z której się urwał.
W każdym razie z własnej kieszeni kupuję mu butelkę mineralnej, nalewam do szklanki i podaję do stolika. Maciek przez długą chwilę trzyma szklankę w garści, a potem ze zbolałą miną pije.
Nagle zauważam, że jego koszulka i szorty są całe przemoczone. Od drzwi do stolika pozostawił za sobą mokre ślady butów. Teraz będę musiała to wytrzeć!
- Czemu taki mokry? – dziwię się. – Tylko mi nie mów, że tyle przeze mnie płakałeś, bo będę zmuszona cię zdzielić zieloną pietruszką.
- Ja? – pyta rozkojarzony. – A, poszedłem sobie popływać.
- W ubraniu? – Chłopak jest po prostu niemożliwy. – Słuchaj, Maciek, czy ty przypadkiem nie miałeś gdzieś nad wodą ataku śpiączki? Poważnie pytam, martwię się o ciebie!
Chyba mówię za głośno, bo wydaje mi się, że Charlie i Joe patrzą na nas z zaciekawieniem. Może nawet czerpią inspiracje.
- Nie, Laurie! – przekonuje Maciek. – To mi już nie grozi. Teraz już… jestem całkiem… wypoczęty.
- Chyba że jednak jesteś waleniem i właśnie wyszedłeś z morza po metamorfozie, to wtedy spoko – uściślam swoje stanowisko – ale wolałabym, żebyś wprost mi to powiedział, zniosę takie nowiny.
- Nie wiem, o co ci chodzi z tym waleniem – odpowiada, chyba szczerze. – Prawdę mówiąc, moje poczucie humoru nie jest całkiem kompatybilne z moim. Ale możemy się pięknie różnić, prawda?
Powoli zaczynam tracić cierpliwość. Devlin na pewno nie zaoferowałby mi związku polegającego na prawieniu oklepanych sloganów miłosnych, przeplatanych robieniem z siebie kompletnej sieroty.
- A może byś tak się przebrał w jakieś suche ubranie? – proponuję.
- Nie mam.
Łapię się za głowę, tym bardziej, że do baru wchodzą kolejni klienci i muszę się nimi zająć, a zajmuje mnie dyskusja z tą owcą.
- W te pędy wracaj na łódkę i susz te ciuchy! Jutro pojedziemy do sklepu i kupię ci coś na zmianę.
- Naprawdę? – cieszy się niczym szczeniak, kiedy pani przyjdzie do domu po całym dniu. – A podpowiesz mi, w czym najlepiej wyglądam?
- Jasne, jasne – uspokajam go. – Przepraszam, ale mam robotę.
Niespodziewanie Maciek chwyta mnie mocno powyżej łokcia.
- Czy praca jest ważniejsza ode mnie? – pyta rozpaczliwym tonem.
- Słuchaj, kotuś, jak nie zarobię, to nie będę mieć kasy, żeby, na przykład, pójść z tobą do kina albo coś w tym rodzaju.
Wstaje i niepewnym krokiem kieruje się ku drzwiom. W drzwiach znów zatrzymuje się z ręką na klamce.
- Tylko pamiętaj, że Cię Kocham – przemawia z taką emfazą, że wyraźnie słyszę wielkie litery.
I wychodzi. A ja wracam do pracy, choć jeszcze przez dłuższy czas zerkam co chwila przez okno, żeby się upewnić, że Maciek poszedł, a nie wystaje pod barem. Robota idzie mi sprawnie, ale nastrój jakoś się zwarzył. Narobił mi chłopak siary na oczach ojca i pracodawcy w jednej osobie…
Pragnę zrzucić z siebie brzemię żenady. W wolnej chwili, kiedy klienci akurat są obsłużeni, zaglądam do ojca w pomieszczeniu socjalnym.
- Przepraszam za kolegę – odzywam się. – Jest dość specyficzny.
- A co się stało z Devlinem? – ciekawi się ojciec. – On jakoś bardziej budził zaufanie.
- O, to ciekawe. A Maciek nie?
- Jak by to delikatnie ująć… Jest względnie sympatyczny, ale z drugiej strony… trochę jednak kukunamuniec. Nie żebym miał coś przeciwko temu. Jak mawia jeden prałat, każdy dziwacy inacy, ale, jak widać na załączonym obrazku – spogląda znacząco na Charliego Courtneya i jego kumpla, wychylających kieliszki za barem – nie przeszkadza mi nawet towarzystwo prawdziwych czubów. Za to o ciebie się martwię, Laurie. Może i jest niegroźny, ale widzę, że doprowadza cię do kresu cierpliwości.
- Spokojna głowa, tato, nie zamierzam z nim szczególnie zacieśniać więzów.
Z korytarza widzę, że do baru wchodzi nowa klientka, więc idę przyjąć zamówienie.
- Aha, i jeszcze jedno – mówi tata do moich pleców. – Zęby u niego coś za równe. Taki młody i już protezy?



niedziela, 23 lipca 2017

13. Od pierwszego wejrzenia

- Kocham cię! – powtarza przebudzony ze śpiączki nieznajomy.
Patrzy na mnie wielkimi, zielonymi oczami. Ale jakoś nie bardzo chce mi się uwierzyć w jego żarliwą deklarację.
- Jak to możliwe, skoro widzisz mnie pierwszy raz w życiu? – powątpiewam.
- To miłość od pierwszego wejrzenia – odpowiada namiętnym tonem. – Po prostu jestem oczarowany. Zauroczony.
Nie wiem, co o tym myśleć. Robi sobie jaja czy on tak poważnie? Może po Devlinie za bardzo uwierzyłam w swój urok osobisty, ale z jakiegoś powodu skłaniam się ku drugiej opcji.
- No dobrze – odzywam się wreszcie – ale… kto ty w ogóle jesteś?
- Mam na imię Maciek.
- Jestem Laurie, miło cię poznać.
Od zachwytu, z jakim na mnie spogląda, robi mi się gorąco i nieswojo. Odwracam wzrok. Maciek – to chyba nie jest amerykańskie imię?
- Jak się czujesz? – dopytuję. – Nic nie boli?
- Och, jesteś taka troskliwa! – cieszy się, wprawiając mnie w lekkie zażenowanie. – Już lepiej.
- Leżałeś nieprzytomny na drodze. Bardzo się martwiliśmy, czy zdążymy z pomocą.
- To nic – zastrzega się, jakby nie chciał, żebym drążyła głębiej. – Zasłabłem troszeczkę, ale to nic groźnego.
- Chorujesz na coś czy tylko padłeś ze zmęczenia?
- To drugie – odpowiada Maciek. – I ze wszystkich dziewczyn musiałem trafić akurat na ciebie. To przeznaczenie…
- Słuchaj, przyjacielu. Pozachwycasz się mną później, kiedy ustalimy, że na pewno nic ci nie grozi. Jest gorąco. Kiedy ostatnio coś piłeś?
Zamyśla się ciężko. Budzi we mnie instynktowną sympatię, choć jest lekko dziwaczny.
- Ja nie piję, Laurie.
- Przecież nie pytam o alkohol! – załamuję ręce.
- Potrzebuję tylko trochę odpoczynku – zapewnia. – Jak to właściwie możliwe, że się poznaliśmy?
- Mówię ci, leżałeś na drodze i byłeś jakby w śpiączce. Nie dało się wezwać karetki, więc przywieźliśmy cię do znajomego sanitariusza.
Maciek wzdryga się gwałtownie.
- Ale nie będzie zastrzyków…!
- Boisz się strzykawki? – chichoczę. – Spokojnie, najwyżej dadzą ci jakąś tabletkę.
Patrzy na mnie z uczuciem, jak skarcony spaniel.
- Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś…
I przytula mnie. Mimo zaskoczenia nie jest mi to niemiłe, odwzajemniam uścisk. Nagle do pokoju wchodzi Kenny.
- No, Laurie, jak tam ten nasz Piętaszek? – zaczyna, ale potem dostrzega mnie i Maćka. Gwałtownie odrywamy się od siebie. – Hej, widzę, że nie marnujecie czasu!
- Odzyskał przytomność – mówię, jakby to nie było widoczne na pierwszy rzut oka. – Sam z siebie.
- Obudziłaś go pocałunkiem, jak Królewna Śnieżka?
- Nie, nie całowaliśmy się – odpowiadam zażenowana.
- Możemy to zmienić – stwierdza Maciek, wysuwając ku mnie swe dość atrakcyjne usta.
Jestem jednak zbyt zaaferowana, by ulec pokusie. Cała ta sytuacja chyba mnie troszeczkę przerasta.
- Co z autem? – zwracam się do Kenny’ego.
- Spoko, za niedługo powinno się naładować – odpowiada, po czym wygląda na korytarz. – Hej, doktorku! Twój pacjent sam wyzdrowiał!
Ale Tom Buckfeather chyba jest za bardzo zajęty, żeby go usłyszeć. Wkrótce z oddali zaczyna dobiegać wycie syreny pogotowia. Dźwięk jest coraz bliżej, w końcu się urywa i po paru minutach do pokoju wpada Tom w towarzystwie dwóch mężczyzn w jaskrawych czerwonych kombinezonach z taśmą odblaskową. Jeden chyba po czterdziestce, łysawy, siwiejący, w lennonkach, a drugi młodszy, wygląda na Latynosa. Sądząc po napisach na piersi – odpowiednio lekarz i ratownik medyczny.
- Jesteśmy – mówi ten pierwszy. – Gdzie ten w śpiączce?
- To on – wskazuję Maćka. – Już się obudził.
Doktor wygląda na co najmniej zaskoczonego.
- Jak to? Czy ty sobie, Buckfeather, jaj nie robisz?
- A żebym trupem padł, jeżeli! – zarzeka się Tom. – Ale on autentycznie był w śpiączce! Sam nie mogę uwierzyć!
Lekarz mierzy podejrzliwym wzrokiem najpierw Maćka, potem gospodarza.
- Słuchaj, Tom, wychodzenie ze śpiączki to długotrwały proces. Nie ma tak, że w jednej chwili ktoś leży w śpiączce, a w następnej skacze jak dzięciołek i dobiera się do koleżanek.
- Mam świadków, panie doktorze – upiera się Buckfeather. – Chyba kolega panu mówił, w jakich warunkach go znaleźli.
- Musiałeś pomylić śpiączkę ze zwykłą utratą przytomności – odzywa się ratownik. – A może po prostu przysnął?
- Miał bradykardię i jakoś śmiesznie oddychał – twierdzi gospodarz. – Sam go, tymi ręcami, osłuchiwałem!
- Proszę go zbadać na wszelki wypadek – mówię, żeby załagodzić napięcie.
Doktor z ratownikiem biorą się do rzeczy. Sadzają Maćka znów na łóżku, słuchają bicia serca przez stetoskop bezceremonialnie ściągnięty Buckfeatherowi z szyi, zaglądają do źrenic, dają termometr pod pachę.
- Moim zdaniem wszystko w normie – stwierdza w końcu doktor. – Jak się czujesz?
- J…już dobrze – odpowiada Maciek. – Dam sobie radę.
- No to niepotrzebnie nas fatygowałeś w sobotni wieczór, Tom.
- Niech pan go jeszcze chociaż alkomatem sprawdzi – proponuje Kenny.
Ratownik wyciąga z nesesera tester trzeźwości i każe Maćkowi dmuchnąć.
- Zero przecinek zero – stwierdza z rozczarowaniem. – Trzeźwy jak niemowlę.
- Macie najlepszy dowód, że był nieprzytomny! – mówię ironicznie. – Na imprezie, a trzeźwy!
- Nie posądzam cię, żebyś chciał nam zrobić kawał – lekarz surowo zwraca się do Buckfeathera – a więc w takim razie przesadziłeś. Chłopakowi nic poważnego nie jest, a cokolwiek mu było, wystarczająco sobie poradziłeś. Spanikowałeś po prostu!
Zabierają sprzęt i wychodzą.
- Co za wstyd! – utyskuje Tom Buckfeather. – Na całe hrabstwo się rozniesie, że kandydat na paramedyka fałszywie wezwał karetkę!

Idziemy do salonu, żeby trochę odpocząć. Party trwa bez zakłóceń, z głośników leci disco-funkowy kawałek, w którym jakiś obwieś śpiewa, że musi z kimś “zrobić fak”. Przy okazji znajduję wolne gniazdko, żeby podładować sobie smarkańca.
Dostrzegam krejzolkę Ashley. Dała się już ponieść imprezowej atmosferze, widocznie uznała, że sama zadbam najlepiej o nieznajomego. Siedzi przy niskim stoliku, szczebiocząc z trzema dziewczynami, jedną białą i dwiema czarnymi wyglądającymi na siostry, o najnowszych wzorach malowania paznokci.
Tymczasem Buckfeather robi dla nas miejsce na głównej kanapie, naprzeciwko telewizora.
- I co mu było? – pyta jeden z siedzących kolesi, obcięty na żołnierza. – Rzeczywiście śpiączka?
- Nie, kurde balans! – złości się gospodarz. – Robaki wychodzące przez skórę z rozszczelnionego jelita na skutek pierniczonych toksyn i rtęci w szczepionkach! Podałem lewoskrętną witaminę C, poprawiłem elektrowstrząsami i chłop jak nowy!
- Człowieku, nie irytuj się! – odpowiada tamten.
To mówiąc, podaje Tomowi dymiącego jointa, ale Buckfeather odmawia.
- Napijecie się czegoś? – pyta zmęczonym głosem.
- Nie mogę, jestem samochodem – mówi Kenny.
- A nie wyglądasz! – reaguje wesołek od jointa.
Na stół trafia butelka coli, nalewamy sobie po szklance, tylko Maciek nie jest zainteresowany. Lasia z warkoczykami, która wcześniej pytała, czy to mój chłopak, uśmiecha się dobrotliwie, rzucając mi puszkę piwa Kiautschou Urquell. Ważę ją w ręku, otwieram, lecz nie od razu zaczynam pić. Nie jest to całkiem legalne, a poza tym nie umiem pić piwa szybko. W końcu jednak pociągam łyk, potem drugi.
- Dobrze się bawisz, Laurie? – upewnia się Maciek.
- Czemu nie – odpowiadam, choć sytuacja wydaje mi się już cokolwiek nierealna, chyba zmęczona jestem, a może od tego piwka mi się we łbie kręci. Krejzolka Ashley patrzy na nas uważnie, zapominając o nowych koleżankach… Na nas? A może dla niego? No chyba nie upadłam na głowę do tego stopnia, żeby być zazdrosna o chłopaka widzianego pierwszy raz w życiu!
- Jeżeli będziesz potrzebować, żebym po imprezie odprowadził cię do domu – mówi Maciek – to jestem do usług.
- Dzięki, jesteś bardzo miły – odpowiadam, czerwieniąc się dyskretnie – ale jestem tu z przyjaciółmi. Nie pozostawią mnie samej sobie.
- Jesteś najcudowniejszą dziewczyną, jaką w życiu poznałem – wyznaje ni stąd, ni zowąd.
- No to chyba nie poznałeś ich zbyt wielu – odpowiadam ze skromnością, jak najbardziej fałszywą. W końcu muszę być cudowna, skoro interesują się mną tacy chłopcy jak Dev… Nieważne.
- Więcej, niż bym chciał. Gdybym tylko wiedział o twoim istnieniu wcześniej… Ale niestety.
Wzdycham ciężko. Ten tutaj jest przeuroczy, ale żeby tak nagle wyskakiwać z takimi tekstami? O ileż byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała, jaki właściwie jest status pomiędzy mną a Devlinem. Wiedziałabym, na czym stoję, mogłabym albo od razu się zgodzić, albo odmówić. A tak? Kaszalot mojego rozumu nie potrafi przezwyciężyć kałamarnicy emocji.
- Właściwie to czym takim cię zauroczyłam? – upewniam się.
- W całym moim życiu nikt jeszcze nie okazał mi tyle dobroci – mówi Maciek wzruszony.
Spuszcza wzrok, jakby posmutniał. Ja też czuję coś dziwnego. Chyba nasza miła konwersacja wkroczyła na mroczny grunt problemów osobistych.
- Laurie… – przemawia wreszcie. – Muszę ci coś wyznać.
Nadstawiam uszu na kolejną porcję komplementów, może tym razem bardziej pomysłowych.
- Uciekłem z domu – wyznaje w końcu. – Nie mam gdzie się podziać. Jesteś moją jedyną nadzieją.
- Czemu uciekłeś?
- Mój ojciec… źle mnie traktuje. Zadał mi… wiele bólu. Nie mogłem tak dłużej…
- Bił cię? – pytam z troską.
- Nie, tego to nie – Maciek kręci głową. – Ale jest… bardzo surowy. Nie chce mnie zaakceptować takiego, jaki jestem. Ciągle mnie zmusza, żebym… spełniał jego wygórowane standardy. Prawie nigdy nie miał dla mnie dobrego słowa, ale bardzo się złości, kiedy… coś pójdzie nie tak. Traktuje mnie… gorzej niż taboret czy telewizor. A ja bym chciał… po prostu być szczęśliwy…
- Nie możesz się wyemancypować?
- A co to jest? – pyta z zaciekawieniem.
- No wiesz, idziesz do sądu, udowadniasz, że jesteś w stanie samodzielnie się utrzymać, i od tej pory masz większość praw dorosłego, a rodzice nie mają nad tobą władzy.
- To niemożliwe – odpowiada smutnie. – Sąd prędzej przyzna rację jemu niż mnie.
- No co ty! – pocieszam go. – To Kalifornia, kraj wolności! Jeżeli udowodnisz, że się nad tobą znęcał…
- Jeżeli – podkreśla. – Tylko że ja… prawnie nie istnieję. Ojciec chyba nawet… nie zgłosił mnie do urzędu. Nie mam metryki, nie mam prawa jazdy, nie mam pieniędzy… nic nie mam. Nawet telefonu.
- Idź do opieki społecznej – mówię energicznie. – Powiedz im, jak sprawy stoją.
- To nic nie da – Maciek jest smutny. – Mój ojciec… ma dużo pieniędzy i znajomości, przekona ich bez problemu. Sam mi powiedział, żebym nawet nie próbował.
Doznaję potężnego, żałośliwego WTF. Co za tyran traktuje w ten sposób własnego syna? Jasne, w mediach często się mówi o przemocy domowej, ale co innego usłyszeć w telewizji, a co innego osobiście spotkać osobę poszkodowaną. Biedny Maciek! Współczucie przelewa się przeze mnie jak budyń przez brzeg salaterki, aż mam ochotę przytulić go jeszcze raz.
- A szkoła? – szukam innych wyjść.
- Nie chodzę, ojciec i jego ludzie uczą mnie w domu.
Spoglądam na braci Andreas, pogrążonych w rozmowie z Tomem i jego kumplami. Próbuję się zdobyć na jakąś refleksję.
- To jest chore! – brzmi ona ostatecznie.
- Tak – potwierdza Maciek. – Dlatego w końcu skorzystałem z szansy. Uciekłem, by poczuć się szczęśliwym i znaleźć prawdziwą miłość. I chyba mi się udało.
Przymyka oczy i tuli się do mnie. Obejmuję go ramieniem, nie całkiem odruchowo. Ewidentnie lecę na niego, w takiej sytuacji, i to dopiero jest chore. Wzdrygam się od dreszczu własnej żeżuncji.
- Co zamierzasz zrobić? – pytam wreszcie. – Dokąd teraz pójdziesz?
- Nie wiem – odpowiada. – Wiem tylko, że… nie mogę już bez ciebie żyć.
- Przecież mnie prawie nie znasz.
- I tak gorąco pragnę cię w końcu poznać…
- Maciek, skup się. Jakie masz plany? Uciekłeś z domu i co dalej? Bo rozumiem, że nie zamierzasz wracać?
- Nieee! – krzyczy przerażony. – On mi tego nie daruje! Teraz nawet mnie za to… załatwi!
Przytulam go mocniej. Romanse romansami, ale on po prostu potrzebuje ciepła. Tymczasem krejzolka Ashley porzuca towarzystwo tamtych dziewczyn i dosiada się do nas. Nie wygląda na zadowoloną, że Maciek tak się do mnie klei.
- No więc – staram się utrzymać rozmowę na kursie – co zrobisz? Poszukasz pracy? Może mieszkania?
- Tak! – Maciek przyznaje mi rację. – Muszę gdzieś się zatrzymać. Przynajmniej na trochę, żeby mieć czas do namysłu. Przyjmiesz mnie u siebie, Laurie?
Ashley aż oczy wychodzą na wierzch z oburzenia, sama też jestem lekko zdziwiona.
- Wiesz, mieszkam z rodzicami – wyjaśniam. – To otwarci ludzie, ale raczej nie będą zadowoleni, że wprowadza się do mnie chłopak, i to jeszcze widziany pierwszy raz w życiu.
- Możesz zamieszkać u mnie! – piszczy entuzjastycznie krejzolka Ashley. – Dam ci wszystko, czego będziesz potrzebować!
- Ale ja kocham Laurie! – odpowiada Maciek dobitnie, ściskając moją dłoń aż do bólu. – Nie porzucę jej…
Krejzolka Ashley przewraca oczami. Spoglądam znów na braci Andreas, których ta wymiana zdań w końcu zainteresowała.
- A może wy, chłopaki? Powiecie rodzicom, że musicie trochę przenocować kumpla.
- Nie da rady! – odpowiada Kenny. – Przecież nasz starszy jest w straży przybrzeżnej. To straszny legalista, jak tylko coś zwęszy, zaraz zawiadomi opiekę społeczną.
- No to klops… – gorączkowo szukam wyjścia z sytuacji.
- Słuchajcie – wtrąca się Maciek. – Naprawdę nie chcę sprawiać kłopotu. Potrzebuję tylko kawałka dachu nad głową i kontaktu elektrycznego. Tylko na noc, bo w dzień będę szukał pracy.
- Po co ci kontakt, skoro nie masz telefonu? – dziwi się Billy.
Maciek spogląda spłoszony, szuka wzrokiem ratunku u mnie.
- Mam – odpowiada wreszcie. – Ale zepsuty.
- Mówiłeś, że w ogóle nie masz – przypomina młodszy z braci.
- Ironizowałem. To takie dziadostwo, że równie dobrze mógłbym wcale go nie mieć.
- Pokaż.
- Wstydzę się…
- Telefon pokaż! A myślałeś, że co?
- Daj mu spokój – interweniuję. – Przecież jest straumatyzowany!
Wtedy przychodzi mi do głowy pewien pomysł, nie do końca legalny, ale co poradzę.
- Moi sąsiedzi zza płotu, Rasmussenowie, co roku w lipcu jeżdżą do Australii na narty – rozwijam. – Dom jest zamknięty, ale skoro Maciek potrzebuje tylko dachu nad głową i trochę prądu, to może spać w warsztacie przy garażu. Zorganizujemy mu jakiś materac, jedzenie i picie będę podawać przez płot – i ze dwa tygodnie jakoś wytrzyma.
- Jesteś bardzo kochana, naprawdę nie wiem, jak ci dziękować – mówi Maciek drżącym głosem, po czym całuje mnie w policzek. – Ale nie trudź się z jedzeniem i piciem, dam sobie radę. Jedyne, czego potrzebuję, to twój uśmiech.
- Z braku laku to może być dobra koncepcja – stwierdza Billy. – Ale to jednak, bądź co bądź, naruszenie własności. To już lepiej przenocować go na naszej łódce.
- Co? – Kenny jest niezadowolony. – Nasza łódka nie hotel!
- No nie bądź żyłą, brat. Przecież nie będzie tam siedział kołkiem całą dobę. Słyszałeś, co powiedział? Tylko na noc, a za dnia zajmie się swoimi sprawami.
- A może ja niedługo też będę potrzebował łódki właśnie na noc! – zapala się Kenny.
- To wtedy udostępnię ci garaż sąsiadów – odpowiadam.
Kenny patrzy wilczym bykiem na Maćka, który dla odmiany z lękliwą nadzieją patrzy na mnie.
- No dobra, niech ta bedzie – stwierdza w końcu Kenny. – I tak łódka w remoncie.

Kiedy Billy wraca z dworu z informacją, że akumulator już się naładował i możemy jechać, jest już prawie ciemno. Mój telefon też się poprawił, więc dzwonię szybko do rodziców, żeby ich uspokoić – nic złego się nie stało, tylko bateria mi siadła. Potem wracamy w piątkę do auta i jedziemy do centrum miasta.
Maciek siedzi pośrodku na tylnym siedzeniu, trzyma mnie za rękę i tuli się do mnie, a jego zielone głaza masują moją twarz namiętnym spojrzeniem. Z lewej strony krejzolka Ashley co jakiś czas łapie go za kolano, ale bezskutecznie, Maciek nawet na nią nie spojrzy. Próbuję wypytać nowego wielbiciela, skąd on właściwie pochodzi, ale jego odpowiedzi są tak mętne i niekonkretne, że sprawia wrażenie, jakby całe życie siedział w piwnicy. Kto wie, może naprawdę siedział?
Po drodze wysadzamy krejzolkę Ashley, która wygląda na dlaczegoś obrażoną, i kierujemy się w stronę mariny. Wolę nie myśleć, o której wrócę do domu. Po ciemku idziemy na nabrzeże, ku łódce braci Andreas. Bije mi serce z przemieszania rozmaitych emocji, a pewnie i trochę od piwa.
Kenny wchodzi na pokład, robi jakieś porządki. Widzę, jak zapala światło pod pokładem. Maciek stoi naprzeciwko mnie, na samym skraju pirsu. Delikatnie dotyka mojej dłoni.
- Laurie – pyta poważnym głosem – czy mogę być twoim chłopakiem?
- No, nie wiem… – waham się. – Jesteś bardzo miły i w ogóle, ale… w zasadzie tak jakby mam chłopaka.
Nie widzę dobrze po ciemku, ale najwyraźniej wygląda na rozczarowanego. Aż mi go w sumie żal…
- No to trudno – wzdycha głęboko. – Będę musiał zadowolić się wielbieniem cię na odległość. Ale gdybyś kiedyś zmieniła zdanie i chciała mieć mnie blisko, zawsze będę gotów.
Wtem pewna szalona myśl przychodzi mi do głowy. Może to by wyjaśniało jego ogólnie dość dziwne zachowanie.
- Słuchaj, Maciek – werbalizuję ją. – Czy ty nie jesteś przypadkiem waleniem?
- Ale… w jakim sensie? – dziwi się spłoszony.
- No nie wiem. Humbakiem, orką, może delfinem?
- Nie, skąd taki pomysł? – pyta z lekką urazą, jakbym go zraniła. – Nie wyglądam… wystarczająco ludzko?
- Nieważne, myślałam po prostu, że mamy wspólnych znajomych. Dasz tu sobie radę?
- Pewnie. Tylko mam jedną prośbę, Laurie. Pocałuj mnie na dobranoc.
Przytulam Maćka jeszcze raz i całuję. Jego usta są miękkie, dość chłodne, lecz suche. W sumie nie najgorszy chłopak, chociaż z pewnością trochę czoknięty.
Odrywam się od warg nowego przyjaciela, zanim oboje dojdziemy do zbyt daleko idących wniosków.
- Dobranoc – rzucam w jego kierunku i idę z Kennym z powrotem do auta.