niedziela, 18 lutego 2018

19. Nadmiar wrażeń




            Rozmowa z Nualą, młodszą siostrą Devlina, budzi we mnie emocje tak gwałtowne, że czuję, jakby w mojej piersi buzował wzburzony kapuśniak. Staram się tego nie zdradzać, bo już i tak wystarczy, że przed chwilą puściła mi przy małolacie uszczelka w oczach.
– Dobra, muszę lecieć – mówi dziewczynka.
– Odprowadzę cię, jeśli chcesz.
            Spogląda na mnie, potem spuszcza głowę w zamyśleniu.
– W porządku – decyduje, nadal na mnie nie patrząc. – Równa z ciebie dziewczyna, nadajesz się dla niego i ja mu to powiem.
            Kierujemy się na północ, nad wodę. Siostra Deva wygląda na nieco podenerwowaną, pewnie musi szybko wracać do swoich, więc się nie ociągam. Mimo to spacer zajmuje co najmniej pół godziny, bo mamy do przebycia ładne parę mil. Mogłabym wsiąść na rower, ale przecież nie wezmę Nuali na bagażnik.
Boczną drogą docieramy nad cieśninę, w pobliżu mostu na wyspy. W cieniu jego filarów urządzono parking, na którym stoi zdezelowany pickup, ale my skręcamy w bok, na asfaltowy chodnik równoległy do krawędzi wody. Rosną tu niewielkie, rozproszone krzewy i Nuala zmierza w stronę jednego z nich.
– Dziękuję, że przyszłaś – mówię. – To… bardzo wiele dla mnie znaczy.
– Powiem mu, żeby zadzwonił – odpowiada, po czym z zakłopotaniem spogląda na mnie spod powiek. – Mogłabyś się na chwilę odwrócić?
            Oczywiście mogłabym, więc cierpliwie stoję, podziwiając dachy Eureki wychylające się spośród drzew. Wtem słyszę za sobą donośny plusk. Odwracam się gwałtownie, ale widać tylko rozchodzące się kręgi na wodzie, Nuali ani śladu. Woda jest zbyt mętna i za bardzo faluje, bym mogła coś zobaczyć. Wtem, kilkaset jardów na prawo, już na głębszej wodzie i za mostem, wyskakuje z wody cielę humbaka. Robi półbeczkę w powietrzu i z hukiem wali się w odmęt. Na pożegnanie wystawia na powierzchnię płetwę ogonową. Po układzie łat na spodniej stronie bez błędu poznaję, że to naprawdę wieloryb, którego przedtem uratowałam.
– Niesamowite – wzdycham z uczuciem, nie hamując już łez. – Wprost un-be-li-wa-bilne.
            Ach, gdybym też mogła, tak jak ona, rzucić się w szmagdafirową toń i egzystować wśród waleni! Ale nic z tego, za mała pojemność płuc. Alternatywą byłyby skrzela, ale jakoś nie chcą mi wyrosnąć.
            Wieczór, poranek i dzień następny spędzam jakby w narkotycznym otumanieniu, z ledwością rejestruję, co się dzieje dookoła. Cały świat okrywa zasłona euforii. A więc Dev nie jest dla mnie stracony! Wrócimy do siebie i staniemy się parą na poważnie! Teraz muszę tylko czekać na kontakt, co przedłuża mi się w nieskończoność. Kiedy moja komórka wreszcie zaczyna hałasować, okazuje się, że to Maciek. Coś opowiada o pracy w fabryce polietylenu i przesyła całusy. Prawie nie słucham, co ma do powiedzenia.
            Mam trochę poczucie winy, ale już tylko trochę. Dochodzę do wniosku, że tym, co czułam do Maćka, było czyste pożądanie, lekko zabarwione poczuciem odpowiedzialności. Owszem, lubię go, życzę mu jak najlepiej i zrobię, co w mojej mocy, aby nie wpadł w ręce profesora von Schwarzgewittra i jego zbirów, ale jeśli mam wybierać między nim a Devlinem, to nie będę się wahać ani przez moment. Tylko jak mu to przedstawić, żeby go nie urazić? Ot i zagwozdka! Trafił do mojego życia jak Piłat w credo. Ale przecież nie mogłam go zostawić leżącego na drodze!
            Mniejsza o to, bo pod wieczór telefon dzwoni ponownie. Na wyświetlaczu widzę numer, którego nauczyłam się już na pamięć, choć ostatnio się nie pojawiał. Drżącą dłonią przykładam komórkę do ucha.
– Witaj, Laurie – słyszę z drugiej strony ten spokojny, głęboki głos i nagle czuję, że coś mi rośnie w gardle.
– Devlin! To naprawdę ty? – nie jestem pewna, czy mam się śmiać, czy płakać, więc na wszelki wypadek robię jedno i drugie jednocześnie. – Myślałam, że już nigdy cię nie usłyszę!
– Wszystko u ciebie w porządku? – upewnia się.
– Nie! Nie wszystko jest w porządku! – wypalam na wpół histerycznie. – A wiesz, dlaczego? Bo nie ma ciebie!
            Przez parę strasznych, ciężkich sekund w słuchawce trwa milczenie.
– Jestem teraz w Portland – oznajmia Devlin. – Wracam jutro, przyjadę do Eureki. Jeśli chcesz się ze mną spotkać, będę miał dla ciebie całe popołudnie.
– Boże! – udaje mi się wychrypieć. – Dlaczego dopiero jutro? Wynagrodzisz mi tę rozłąkę! Mam paść z nadmiaru wrażeń, rozumiesz? Rozumiesz, słoneczko?!
– Zrobię, co w mojej mocy. Może nawet oboje padniemy.
– O Jezuuuuu… –  bełkocę już bez ładu i składu. – Słyszysz ten chlupot? To łzy szczęścia. Jeszcze trochę, a będziesz mógł prosto do mnie przypłynąć.
– Przypłynąłbym nawet zaraz, gdybym nie miał spraw do załatwienia w imieniu całego stada – słyszę w odpowiedzi. – Jutro o czternastej? W tamtej lodziarni co wtedy?
– Spotkam się z tobą gdziekolwiek! – wykrzykuję w pasji. – Nawet na wysypisku! Ale lodziarnia w ostateczności też może być!
            No więc jesteśmy umówieni. Po zakończeniu rozmowy jeszcze przez dobre pięć minut trzymam telefon przy uchu, próbując się wyspokoić.
            Na próżno. W nocy ledwo mogę zasnąć, budzę się wcześnie rano i rozpaczliwie usiłuję znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ojciec dał mi wolne po kilku dniach intensywnej pracy, więc mogę w spokoju przygotować się do randki. Jednak w trakcie porannych czynności przychodzi mi do głowy, że taka okazja zasługuje na coś nadzwyczajnego. Wyjdę parę godzin wcześniej i wpadnę do galerii zrobić się na bóstwo. Po śniadaniu doprowadzam rower do porządku, a pozbywszy się smaru z dłoni, mogę wreszcie dobrać odpowiednią kreację. Składają się na nią dżinsowe rybaczki z czerwonymi szwami, sandały na grubych sznurkowych koturnach oraz granatowa koszulka z kreskówkowym wielorybem (ta z realistycznie przedstawionym będzie kiedy indziej). Na czoło zakładam okrągłe okulary słoneczne w grubych różowych oprawkach i ruszam do miasta.
            Przez galerię przewalają się dzikie tłumy, bo kilka sklepów urządziło akurat bardzo korzystną wakacyjną promocję. Ale to mnie za bardzo nie obchodzi. Idę do fryzjera podciąć końcówki, potem do salonu urody na ogólny wizaż. Każę kosmetyczce maksymalnie uwydatnić moje oczy, żeby wyglądały jak u postaci z jakiegoś animca, rzęsy natomiast mają powiewać na wietrze jak chorągiew.
Wychodzę z salonu potężnie podbudowana, czuję się, jakby świat należał do mnie. Mam jeszcze dwie godziny, więc postanawiam pójść na szklankę soku marchwiano-jabłkowego na dolną kondygnację.
            Przy stoisku ze świeżo wyciskanymi sokami stoi kilkuosobowa kolejka. Od razu rzuca się w oczy Kenny Andreas w sandałach i flanelowej koszuli. Rozmawia z długowłosym chłopakiem w brązowym ubraniu, w którym rozpoznaję Toma Buckfeathera.
– Gdzie się podziewa Robin? – pyta sanitariusz w cywilu.
– Jest teraz na morzu.
– Spaliście już ze sobą?
– Idź się zrelaksować, man – odpowiada z irytacją Kenny.
– Aha, czyli tak. Wykorzystałeś okazję, żeby sprawdzić, czy to w końcu dziewczyna, czy chłopak?
– Nie przyszło mi do głowy. Jest nam ze sobą na tyle dobrze, że nie obchodzą mnie takie szczegóły.
Dostrzegają mnie, wymieniamy pozdrowienia.
– Co robicie?
– Jest promocja na lakiery do drewna – odpowiada Kenny. – Muszę w końcu zacząć remont łódki, a ten tutaj ma podobno zrobić altanę w ogrodzie. A ciebie co tu sprowadza? Też dałaś się zanęcić obniżkami?
– Nie, byłam u kosmetyczki, bo mam dzisiaj randkę.
– Aha – stwierdza Buckfeather. – Widzieliśmy twojego amanta, gdzieś się tu kręcił.
– Którego? – pytam z niepokojem, na co medicine man eksploduje rechotem.
– Widać nie na bieżąco jestem – mówi – ale to ten, wiesz, pacjent.
            Nastrój mi momentalnie siada. Tylko jeszcze Maćka tu brakuje! Dlaczego nie da się go wyłączyć albo ustawić mu stanu uśpienia na konkretny przedział czasowy? Niech wtedy zajmuje się czym innym, zamiast myśleć o mnie. A w ogóle czy on nie powinien być teraz w pracy?
            Kolejka posuwa się do przodu i wkrótce jesteśmy przy ekspedientce o dość filipińskiej fizjonomii. Chłopaki zamawiają trzy duże kubki soków, ja kolejny. Odchodzimy na bok i zaczynam pić, gdy z tłumu wynurza się nagle krejzolka Ashley. Ma na sobie seledynowe biodrówki i niebieską koszulkę bez rękawów, z pomarańczowym zagadkowym napisem: „Stand coop3ration w0rk, one is the neck valley valley three 5eason p4nts”. Kenny podaje jej jeden z dwóch kubków soku.
– Cześć, Ashley – mówię, ale ona mnie ignoruje.
– O czym właściwie ma być ten film? – zwraca się ostentacyjnie do Toma Buckfeathera.
– Jakaś tam komedia romantyczna.
            Przewracam oczami.
– Słuchaj, mogłabyś się przestać na mnie boczyć? – zahaczam ją werbalnie.
            Krejzolka obdarza mnie wyniosłym prychnięciem i widokiem swojej potylicy z upiętymi w węzeł lokami. Na horyzoncie pojawia się sklep z instrumentami, który przyciąga uwagę Kenny’ego.
– Chodź, człowieku, obejrzę se gitary – mówi Andreas i obaj z Buckfeatherem kierują się w tamtą stronę. Ashley, skazana na moje towarzystwo, odwraca się wreszcie ku mnie z urażonym wyrazem twarzy.
– Cały problem z tobą, Laurie, jest taki – rzuca z nieprzyjazną miną – że się cholernie terytorialna w te wakacje zrobiłaś!
– Co to znaczy?
– Nie przepuścisz żadnemu fajnemu chłopakowi, dopóki go najpierw nie oznaczysz! To nie jest sprawiedliwe!
– Chyba na linuksie.
– I jeszcze zadzierasz nosa! – denerwuje się. – Przeczytałaś sama o sobie w gazecie i już ci się wydaje, że jesteś celebrytka! Już w miejscach publicznych udajesz, że mnie nie widzisz!
– Ashley, błagam cię, nie histeryzuj. To przecież ty mnie od paru dni olewasz.
– A ile dałaś na fryzjera i kosmetyczkę, żeby się tak odstrzelić? Kogo zamierzasz wyrwać albo do jakiej gazety się sprzedać?
– Przykro mi to mówić, ale robisz się chamowata. Żebym przynajmniej wiedziała, dlaczego.
– Przecież wiesz! – warczy krejzolka. – Nie jesteś tą samą dziewczyną, co dawniej.
– Ta rozmowa jest bez sensu i ja jej nie będę kontynuować – odcinam się zimno, po czym demonstracyjnie odwracam się od swojej… jednak, mimo wszystko, przyjaciółki.
            Ale lepiej by mi było się nie odwracać, bo przez to wpadam w oko nadchodzącemu z naprzeciwka Maćkowi.
– Cześć, Laurie! – woła z daleka, machając do mnie. – Mam dla ciebie prezent!
            Całuje mnie na powitanie w policzek, a równocześnie wkłada do ręki jakiś przedmiot. Przyglądam się: to sztywna bransoletka z fioletowych plastikowych kulek rozmaitej wielkości.
– Skąd to masz?
– Zrobiłem specjalnie dla ciebie, kiedy byłem w pracy. Metodą skwelczowania próżniowego.
– Z materiałów kradzionych w robocie? – dopytuję podejrzliwie.
– Z obrzynków – precyzuje. – Noś ją i niech ci przypomina o łączącej nas miłości.
            Dociera do mnie, że zamotałam się w istny węzeł gordyjski, który muszę jak najszybciej rozciąć, żeby nie skończyć jak grupa Laokoona.
– Wiesz co, Maćku – przemawiam z ciężkim sercem – pamiętam o twoim uczuciu, ale ja cię raczej nie kocham.
– Jak możesz tak mówić?! – oburza się. – Po tym wszystkim, co dla mnie zrobiłaś?
– Normalnie – odpowiadam, starając się ignorować krejzolkę Ashley patrzącą na nas ze mściwą satysfakcją. – Tak jakoś wyszło. Nie chcę, żebyś mi to miał za złe, jesteś świetnym przyjacielem i spędziliśmy razem miłe chwile, ale nie pasujemy do siebie jako związek.
            Maciek łapie mnie za ramiona i spogląda mi w oczy.
– Wiem, że jestem zaprojektowany, skonstruowany i zaprogramowany po to, żeby kochać dziewczyny i sprawiać im przyjemność – mówi szeptem, by Ashley nie dosłyszała. – Ale to, co do ciebie czuję, nie jest zaprogramowane. To prawdziwa miłość. Jasne, nie mogę cię zmusić, abyś pokochała mnie, ale i ty nie możesz mnie zmusić, żebym przestał cię kochać.
– Opamiętaj się, człowieku, brzmisz jak rasowy stalker – usiłuję przemówić mu do rozsądku. – A w ogóle dlaczego nie jesteś w pracy?
– Brzmisz, jakbyś była niezadowolona, że mnie widzisz – stwierdza Maciek, wbijając mi w tchawicę szydło wyrzutów sumienia, bo faktycznie jestem niezbyt zadowolona. – Więc co mam zrobić, abyś była szczęśliwa?
            Spoglądam to na niego, to na Ashley. Mam na dziś inne plany niż się z nimi wykłócać! Ponieważ panowie Andreas i Buckfeather się w międzyczasie ulotnili i nie ma ich w zasięgu wzroku, ruszam dalej naprzód.
– Czekaj, Laurie! – żołądkuje się krejzolka, próbując mnie dogonić. – Olewając najlepszą przyjaciółkę, nie rozwiążesz żadnych problemów!
            Rozglądam się za chłopakami i przez nieuwagę na kogoś wpadam. Myślicie, że tylko Devlina tu jeszcze brakuje? Chciałabym! Ale nie, to są dwie dziewczyny. Lekko pyzata blondyna o włosach do ramion, przykrytych niby-patrolową czapką z daszkiem, i chuda w czarnych lokach.
– Zobacz, Tibby – mówi posiadaczka czapki. – To ta, co Jasona obraża! Ale mamy dzisiaj farta!
– Ehe – odpowiada kędzierzawa. – Ale co taka gruba suka ze wsi może wiedzieć o prawdziwej muzyce.
            Przyglądam im się, źle im z oczu patrzy. Tibby ma na ramiączku bluzki znaczek z napisem „Barberians Exxtreme North-West”, ta druga nosi taki sam na czapce.
– Proszę uprzejmie spieprzać – mówię z uśmiechem.
– Ty wiesz, kto ja jestem? – rzuca przez zęby lasia w czapce. – Neveah McGovern, suko!  Myślisz, że obrażanie naszego Jasona ujdzie ci na sucho?
– Jakie obrażanie, Nevvie? – wzruszam ramionami. – Dorabiacie ideologię do niewyraźnego zdjęcia.
– O nie, ty wydro – odpowiada liderka fanklubu Jasona Barbera w regionie północno-zachodnim. – Wiem dokładnie! Napisałam do Jasona, żeby go pocieszyć, a on mi wszystko powiedział. Zapłacisz nam za to!
– Nie wygłupiajcie się – odpowiadam. – Jason jest wasz, mnie w ogóle nie obchodzi.
– Jak może cię nie obchodzić najlepszy piosenkarz świata?! – wścieka się kędzierzawa. – Wypad stąd!
– Jaki wypad? – patrzę na nią lodowato. – To jest moje miasto, kurczaczku.
– Wiesz co? Umalowana jesteś jak zwykła dz*wka – Tibby zmienia temat, wyraźnie akcentując gwiazdkę.
Próbuję odejść, ale Neveah zastępuje mi drogę. Z torebki wyciąga wielkie nożyce krawieckie.
– Trzymaj ją, Tibby! – woła do koleżanki. – Czeka cię darmowe strzyżenie, skarbie!
            W jednej chwili tamta łapie mnie brutalnie pod ramiona. Jest wyższa i ma dłuższe ręce, ale i tak się wiję, próbując się wyrwać. Neveah podchodzi, wolną ręką sięga po kosmyk moich włosów. Robię gwałtowny wymach łokciem ku górze. Czuję, jak w coś trafia, słyszę paskudny chrzęst i stęknięcie Tibby, chyba zdewastowałam jej kichacza. Nevvie robi wymach nożyczkami ku mojej twarzy, uchylam się zręcznym unikiem.
– Zostawcie w spokoju moją dziewczynę! – krzyczy nagle Maciek, wpychając się pomiędzy mnie a moje prześladowczynie.
– Dziewczynyyyy!!! – drze się Nevvie. – Sharon, Destiny, Kayla, Nancy!
            Spod okolicznych sklepów odrywają się cztery panny, dotychczas biernie obserwujące całą scenę. Dwie rzucają się na Maćka: jedna szarpie go za włosy, druga zaczyna targać koszulkę. Pod ścianą stoi lasia z ciemnymi włosami do pasa, ubrana w bluzkę z komiksowym wizerunkiem Jasona Barbera rozebranego do pasa i pokazującego faka. Z wyraźną złośliwą satysfakcją nagrywa całe zajście na smartfona.
Próbuję się rozejrzeć za ochroniarzem albo chociaż za Kennym i Tomem. Oszalała barberzynka rzuca się na mnie z obcasem. Walę ją w brzuch „ciosem sierżanta Hartmana”, którego nauczyła mnie Amanda. Dziewczyna zgina się w pół i z bolesnym sapnięciem opada na ziemię. Nie jestem żadną wojowniczką, ale jak powiedział Bruce Lee – „nie lękam się tego, kto zna tysiąc ciosów, lecz tego, kto przećwiczył jeden cios tysiąc razy”.
Nagle ktoś dotkliwie gryzie mnie w nogę. Tracę równowagę i padam na ziemię. Napastniczka o zawziętej twarzy siada mi na biodrach i bije mnie na oślep po wszystkim.
– Przestań! – próbuję przemówić jej do rozsądku, zasłaniając się przed jej razami. – Co ty wyprawiasz! To napaść z pobiciem, nie wyjdziesz z sądu!
            Grochem o ścianę. Barberzynka zatyka mi usta dłonią, a gdy rewanżuję się ukąszeniem, łapie mnie za gardło. Tracę dech, nie mogę oddychać, wpadam w przerażenie. Robię desperacki wymach prawą nogą, by nabrać impetu, przetaczam się i teraz to ja jestem na górze, wyswobadzając szyję. Zmagamy się jeszcze chwilę, nim udaje mi się kwaknąć jej głową o posadzkę. Dobrze, że Devlin mnie teraz nie widzi. I nie mam na myśli wyłącznie swego opłakanego wyglądu, ale przede wszystkim zachowanie…
Wstaję pospiesznie, ignorując krew spływającą w dół ukąszonej łydki, i próbuję ocenić sytuację. Dwie przeciwniczki, które powaliłam, wciąż leżą na podłodze. Zza szyby sklepu sportowego klienci i ekspedientka z przerażeniem obserwują całą scenę. Krejzolka Ashley z potężną barberzynką targają się za kłaki. Maciek jedną ręką trzyma za kołnierz Neveah, a drugą – czarnoskórą dziewczynę w czerwonej bluzce, trzymając je na dystans pełnej długości ramion. Obie wściekle wierzgają i obrzucają go wyzwiskami, ale ma za długie ramiona, by zdołały go dosięgnąć. Tibby siedzi na podłodze i rozdzierająco płacze, a na koszulkę kapią jej łzy zmieszane z krwią z rozbitego nosa.
Lasia nagrywająca zajście już nie jest rozbawiona. Wygląda raczej na przerażoną, drżącym głosem wyrzuca z siebie piętrowe przekleństwa. Nagle nasze spojrzenia spotykają się. Widząc, że ją zauważyłam, wpada w panikę i ucieka. Gdzie jest ochrona obiektu, do diaska? Idę poszukać ochroniarza, gdy nagle słyszę ten okrzyk, niby zwykły, a jednak przerażający:
– Garcia, chodź no tu! Znalazłem go!
            Sadzi ku nam potężny, barczysty mężczyzna o oliwkowej cerze i bykowatej głowie przyozdobionej fryzurą na słoik i sumiastymi wąsami. Ma na sobie kamuflażową koszulkę i spodnie khaki. Za nim podąża starszy, pucołowaty gość w czarnym garniturze, z siwą grzywą na Andy Warhola i w plastikowych okularach. O nieee, jeszcze ich tu brakowało! Ta dzisiejsza promocja musi być wyjątkowo atrakcyjna.
            Na widok dryblasa Maciek wpada w panikę. Neveah i jej towarzyszka wyrywają się z jego uścisku i zwiewają, pewnie biorą faceta za ochroniarza. Krwawo zasmarkana Tibby też podnosi się z ziemi i bierze nogi za pas, pozostawiając nieprzytomne towarzyszki samym sobie.
Tym razem to ja zasłaniam Maćka własnym ciałem przed wysłannikami jego ojca.
– Uciekaj! – zwraca się do mnie ten siwy, ewidentnie Garcia. – To niebezpieczny przestępca, a my jesteśmy agentami specjalnymi!
– To pokażcie odznaki – mówię łamiącym się głosem.
– Jeszcze czego! – odpowiada Skinner. – Dziewczynko, wracaj do swoich kucyków!
– Wiem, kim jesteście, panowie Garcia i Skinner z Crushtronic Ltd.
            W ich oczach błyska nagłe zaskoczenie.
– Nie mieszaj się w sprawy, których nie rozumiesz! – rzuca siwy.
– A któż może powiedzieć, że rozumie wszystko? Angielscy naukowcy ustalili, że nawet najmędrsi z mędrców nie wszystko wiedzą.
            Spoglądam w tył, żeby zobaczyć, czy Maciek wykorzystał moją gadkę, żeby się ulotnić. Ale ten jeleń dalej tam stoi!
– Odejdź, albo wezwiemy policję – mówi Garcia.
– Pod jakim zarzutem? Że wam przeszkadzam w porwaniu kumpla?
– To nie porwanie, to odzyskanie utraconego majątku. Ruchomego.
            Nagle Skinner robi krok w lewo i sięga za plecy. Odruchowo rzucam się w bok. Trafia mnie impuls elektryczny. Wszystko jest źle, nie do opisania źle.
– Uciekaj! – krzyczę, ignorując przeszywający ból.
            Maciek waha się przez sekundę, a potem daje szczupaka w boczny korytarz, gdzie są toalety i pomieszczenia gospodarcze. Skinner znów strzela z paralizatora. Mój elektroniczny przyjaciel pada na podłogę, przetacza się po niej i zastyga pod ścianą bezwładnie jak worek marchwi. Trudno mu się dziwić, bo sama czuję się po prostu podle. Próbuję wstać, ale mięśnie tak strasznie odmawiają mi posłuszeństwa, że z wielkim wysiłkiem udaje mi się zaledwie usiąść. Zbiry podchodzą do leżącego bez życia Maćka i nachylają się nad nim z zastanowieniem.
– Mam nadzieję, że go nie pierdykłeś za mocno – mówi Garcia zmęczonym tonem. – Dostaniemy zdrowo po uszach, jeśli ma przepalone obwody.
– Gdzie tam, standardowa dawka. Na plecy i do domu.
– Dobra, wystarczy tego syfu – rozbrzmiewa nagle głos Kenny’ego Andreasa.
            Obracam głowę w jego stronę. Kenny mierzy do Garcii i Skinnera z trzymanego oburącz pistoletu. To naprawdę wielka spluwa, chyba Desert Eagle. Skąd on to wziął i co wyprawia?!
– Nie masz pojęcia, z kim zadzierasz – mówi Skinner.
– To wy nie macie pojęcia, z kim zadzieracie – warczy Kenny. – Próbowaliście się włamać na moją łódkę, a teraz atakujecie moją przyjaciółkę i jej faceta. Dosyć tego!
– Nie odważysz się strzelić, młody człowieku – powątpiewa Garcia.
– Myślicie, że nie? Słyszeliście pewnie tę gadkę, że złego człowieka z bronią może powstrzymać dobry człowiek z bronią? To właśnie ja jestem ten dobry człowiek! Wynocha stąd!
– Spokojnie – odpowiada Skinner, unosząc ręce do góry. – Wszystko da się załatwić bez użycia przemocy…
            W trakcie, gdy to mówi, widzę, jak siwy Garcia sięga pod marynarkę.
– Uważaj! – krzyczę resztkami głosu.
            Korytarzem wstrząsa strzał, kula trafia w kamionkową donicę, rozbijając ją na kawałki. Ekspedientka na stoisku z akcesoriami do telefonów krzyczy, w sklepie sportowym wybucha panika. Kenny stoi nieporuszony, z bronią nadal wymierzoną w tamtych dwóch, choć w jego mimice rozgrywa się piekło. Naprzeciwko niego Garcia trzyma dymiący rewolwer, spuszczony lekko ku ziemi. Gdzieś w oddali słychać chyba syreny, a może tylko pragnę, żeby tak było.
– Ręce do góry, wy wszyscy! – krzyczy z wyższego piętra stary ochroniarz, wyciągnąwszy własną klamkę. – Policja już tu jedzie!
            Garcia i Skinner spoglądają na siebie przez ułamek sekundy i nagle wieją ku toaletom. Uciekną przez pomieszczenia dla personelu! Nie jest dobrze… Dzisiejszy dzień miał być wyjątkowy, ale mówiąc Devlinowi, że chcę paść z nadmiaru wrażeń, co innego miałam na myśli! O Boże, spóźnię się na randkę… Dysonans między tą myślą a wszystkim, co się przed chwilą stało, jest tak rażący, że ogarnia mnie napad histerycznego śmiechu.
            Przez dobrą chwilę próbuję wstać, ale ciągle jestem za słaba. Od ruchomych schodów nadbiega ochroniarz z rewolwerem.
– No, młody człowieku – mówi, trzymając Kenny’ego na muszce – rozumiem emocje, ale teraz rzuć broń.
Mój kumpel staje w lekkim rozkroku, jedną rękę unosi nad głowę, drugą, z pistoletem, ostrożnie wyciąga przed siebie.
– W porządku, panie starszy – odpowiada i powoli przykuca, by odłożyć broń na posadzkę. – I tak nie nabita.



piątek, 15 grudnia 2017

18. Powrót cielęcia

Słysząc dźwięk otwieranych drzwi, na chwilę zamieram. Doznaję paskudnego uczucia, jakby czas nagle zwolnił, a mimo to nie jestem w stanie nic zrobić. Spoglądam na Maćka – patrzy na mnie z przerażeniem i otwartymi ustami. Skinner i Garcia go namierzyli i przyszli po niego?
– Laurie? – słychać głos z dołu.
Fałszywy alarm! To mama wróciła. Zbiegam po schodach do sieni.
– Cześć, mamo – witam się. – Jak było? Co tam u Rachel?
– Masz od niej pozdrowienia. Pogadałyśmy sobie, ma ostatnio mnóstwo zajęć. Przed kobietami hrabstwa Humboldt stoi wiele zadań…
– Dzień dobry, pani Mazzotta! – woła z góry Maciek, wychylając się zza poręczy schodów. Dobrze, że przynajmniej jest ubrany.
– Jesteś z kolegą? – upewnia się mama z pewnym zaskoczeniem.
– Oglądaliśmy serial – odpowiadam tonem usprawiedliwienia.
– Nie słyszę telewizora.
– Wyłączyłam dźwięk, bo mnie dialogi denerwowały.
Maciek schodzi na dół i cielęcym spojrzeniem obdarza rodzicielkę moją.
– Pani Mazzotta, ja tak strasznie kocham pani córkę… – mówi.
– To bardzo dobrze. – Mama patrzy na niego z uśmiechem lekkiego sceptycyzmu. – A może byś coś zjadł?
– Dziękuję, nie jestem głodny.
– Dobra, napiszę do Kenny’ego – oznajmiam, żeby jakoś przełamać całą awkwardyczność sytuacji.
Wysyłam Kenny’emu SMS: “Potrzebuję pilnie transportu”. Idziemy z Maćkiem na podwórko i siadamy na krzesłach ogrodowych. Czekam na odpowiedź od kolegi. Mój osobisty android wyraźnie się martwi, że jego “ojciec”, profesor Wolfgang von Schwarzgewitter, nie ustaje w wysiłkach, żeby go dorwać i podporządkować swej woli. Może dlatego się nie kontroluje i zaczyna trochę się do mnie dobierać. Pokazuję mu światło w oknie wychodzącym na ogród, więc się uspokaja.
Maciek podskakuje z przerażenia dopiero wtedy, gdy od strony ulicy dobiega nas odgłos zamykanych drzwi samochodu. Ale to nie ludzie profesora, tylko Kenny Andreas. Ma na sobie kremową koszulkę polo w jasnoszare pasy, a razem z nim przybywa Robin w jasnobrązowej bluzie z kapturem. Trzymają się za ręce: Kenny nie tracił czasu.
– Siemacha! – woła do nas.
– Cześć – wtóruje Robin, z gracją podając mi dłoń, a potem obejmuje Kenny’ego za ramię.
– Co się stało? – pyta mój kumpel.
– Okazało się, że ci goście, którzy ścigają Maćka, mogli go namierzyć, ale z kilkugodzinnym opóźnieniem – wyjaśniam, prowadząc ich do stolika. – Właśnie dlatego się kręcili przy waszej łódce. To znaczy, że tej nocy Maciek nie może spać w garażu, trzeba go wywieźć w bezpieczne miejsce. Do rana powinno być definitywnie po robocie, zgubią trop.
Kenny’emu nie podoba się ta propozycja.
– Nie no, Laurie, ja i Robin byliśmy akurat na lodach. Znowu mam robić za szofera dla tego pajaca?
– Kenny, no… Jesteśmy kumplami czy nie? Mam ci przypomnieć, ile razy pomogłam ci zdawać poprawki, a mogłam się wtedy zająć czym innym? Napisałam, że potrzebuję transportu. Jeśli miałeś co innego do roboty, to mogłeś od razu odmówić, a nie przyjechać, a potem wyciosać focha!
– Odpuść, skarbie – przekonuje go Robin.
Andreas patrzy wilkiem na mnie, potem na Maćka.
– Dobra. Gdzie go zawieźć?
– Nie wiem, wymyśl coś. Do kina albo na jakąś domówkę. Naprawdę nikt z twoich kumpli dzisiaj nie pije? Albo podrzuć go chociaż na chwilę do “Albatrosa”.
– No co ty? U twojego starego będzie cmentarna szychta, zejdą się tam na pewno wszystkie największe freaki z okolicy. Zjedzą go szybciej niż miskę nachosów!
– No to tym lepiej. Najciemniej pod latarnią.
– Może to kino nie jest najgorszym pomysłem – sugeruje Robin. – Wtopimy się w tłum.
– Zgoda. Ale pod jednym warunkiem. Nie będzie mnie wkurzał zadawaniem idiockich pytań, na przykład czy Robin to jest moja dziewczyna.
– Zabawni z was ludzie – stwierdza Robin. – Coraz bardziej mi się u was podoba, chyba w przyszłe wakacje też tu przyjadę.
Zmysłowo ociera się biodrem o Kenny’ego, w zamian otrzymuje buziaka w policzek. Maciek daje się zainspirować i też mnie tak traktuje. Kenny nie jest rozbawiony.
– No dobra, zrywamy się – mówi w końcu.
Robin ciągnie go do samochodu. Maciek, zanim podąży za nimi, rzuca mi się na szyję, całuje w usta i oba policzki, po czym płaczliwym głosem wyznaje, że będzie tęsknił. Wracam do domu, pełna nieokreślonego niepokoju.
– To był Kenny Andreas? – upewnia się mama.
– We własnej osobie.
– Całkiem fajny ten jego chłopak, mam nadzieję, że im się ułoży.

Następnego dnia, po wykonaniu porannych czynności, otwieram internety i z pewną przykrością dowiaduję się, że fotka w brukowcu, na której wykłócam się z Jasonem Barberem, stała się obiektem ożywionych dyskusji na blogach, forach i fanpejdżach miłośniczek gwiazdora. Fanki Jasona, tak zwane “Barberians”, starają się ustalić, kim jest tajemnicza nieznajoma i co ją łączy z ich bożyszczem. Po przejrzeniu zaledwie paru wątków dowiaduję się, że jestem wieśniarą, głupią krową, posiadaczką ryja jak opos rozjechany na autostradzie, a także kryminalną naciągaczką i czarnuchem.
Z chorej ciekawości sprawdzam, co to za osoby wyrażają się na mój temat z tak niezachwianą pewnością na podstawie jednego zdjęcia, w dodatku marnej jakości. “Barberians” zorganizowane są w lokalne fankluby, a ich atamanicha w północnej części Zachodniego Wybrzeża to niejaka Nevvie McGovern z Vancouver (ale nie tego kanadyjskiego). Pół roku temu śpiewała w girlsbandzie Ło!Buziaki, który wystąpił w jakimś telewizyjnym talent show w Seattle. Po jej występie jeden z jurorów powiedział: “Masz na imię Neveah, a powinnaś mieć Lleh”. Wpadła w szał i oblała go wodą ze szklanki, a teraz pisze o mnie na fanowskim forum: “Nic Mnie nieobchodzi że ,ta sz***a ma krutkie włosy . Ja chcę dostać Jej warkocz !” A to mnie zaszczyt kopnął!
Nie mam w sobie tyle masochizmu, żeby dłużej zgłębiać ten temat, ale już te kilka wypowiedzi wbija mnie w zły nastrój. Na nic nie mam ochoty, jestem całkiem zdołowana i czuję się, jakbym lada chwila miała zapaśc się pod podłogę i głębiej, aż do samego jądra ziemi. Nie chodzi tylko o wpisy na forach – ta sprawa musiała się akurat nałożyć na całe to wariactwo z Maćkiem! Gdybym tak miała przy sobie kogoś, kto mógłby mnie przytulić i zrozumieć… Jasne, Maciek byłby z pewnością chętny, ale czy ja go tak naprawdę chcę? Nie chodzi nawet o to, że jest androidem. Jego miłość do mnie, nawet jeśli szczera, wydaje mi się cokolwiek powierzchowna, nie wykracza poza to, co mu wgrali w system, poza wzorce z filmów i piosenek. Nie, chyba jednak nie jest dla mnie odpowiedni. I jeszcze na dodatek pokłóciłam się przez niego z krejzolką Ashley. Gdyby tak się zakochał w niej, zamiast we mnie! To by rozwiązało dwa problemy jednocześnie! Ale przeprogramowując go wbrew jego woli, stałabym się taka sama jak profesor von Schwarzgewitter. Poza tym – kto wtedy zostanie dla mnie? Jednemu chłopakowi dałam kosza, a drugi mi nie pasuje… Ot, poważne problemy, nie to, co foliowe torby w Morzu Arktycznym!

Kiedy jadę do baru, nagle ktoś do mnie dzwoni. Gwałtownie zjeżdżam na pobocze i wyciągam telefon. To chyba stary numer Billy’ego Andreasa. Co się stało, że do niego wrócił?
– Cześć, Laurie! – ku swemu zdumieniu słyszę Maćka. – Jestem w Klamath!
– Gdzie cię tam znowu zaniosło? – pytam zdezorientowana, przecież to w sąsiednim hrabstwie, dwie godziny jazdy w jedną stronę. – I skąd masz telefon?
– Billy dał mi swój stary na kartę. Jest bezpieczny, nikt nie skojarzy tego numeru ze mną!
– Aha. W porządku? Tamci dwaj już się nie pojawili?
– Jest spoko. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że znalazłem pracę na nocną zmianę. W fabryce tworzyw sztucznych w Klamath, przy obróbce polietylenu metodą skwelczowania próżniowego. Ściągnąłem ukradkiem pliki z jednego z urządzeń i teraz już wszystko wiem! Z miejsca dostałem tę robotę! Po pierwszej wypłacie zabieram cię na kolację!
– Gratulacje. Trzymaj się.
– Całuski, Laurie! – ekscytuje się Maciek. – Wiesz co, ostatnio ciągle myślę o szarlotce jabłkowej. Nie daje mi to spokoju.
– Przecież ty nie możesz jeść!
– To nic, ale mogę upiec. Na pewno będzie ci smakować. Przyniosę ci ją pojutrze!

Dzień w barze mija szybko. Przez ostatnie zdarzenia mam w głowie taki zamęt, że błogosławieństwem jest praca, w której mogę się zatopić i nie myśleć za dużo. Gdyby jeszcze na pierwszej zmianie było więcej klientów, żebym zupełnie zatraciła się w kieracie…
Przed drugą zjawia się Charlie Courtney, i to jeszcze z kolegą. Typ hipisa: przerzedzone włosy do ramion, rudawa broda. Ubrany jest w jasnobeżowe bawełniane sako i niewiarygodnie kolorową koszulę, a jego pasek ma wielką klamrę z wizerunkiem tańczącego boga Śiwy.
– Siema, Al! – woła Charlie od wejścia. – Spotkałem w Los Angeles starego kumpla! Poznajcie się, gentlemen: Al Mazzotta, Nick O’Connor.
– A gdzie masz Nguyena? – pyta ojciec.
– Wrócił do siebie po wycieczce. Nie mógł się doczekać, kiedy wypróbuje te nowe akryle.
Courtney i jego kolega, reprezentujący nieustaloną dziedzinę sztuki, zajmują miejsca przy barze, a tata nalewa im drinki.
– Słuchaj no, młoda damo! – Charlie zwraca się do mnie. – Jechałem dziś szosą nad oceanem i w pewnym momencie zobaczyłem w oddali skaczącego wieloryba. Piękny widok! Od razu pomyślałem, że szkoda, że tego nie widzisz. Cholera, mogłem przynajmniej zdjęcie zrobić.
Zapadam w zadumę. A co, jeżeli to był Devlin? Co, jeśli cały czas wypatruje, czy nie przyjdę na plażę? Tak bardzo chciałabym odwołać to, co wtedy powiedziałam – ale z drugiej strony, jeśli poczuł się zraniony, jestem w stanie go zrozumieć. Jeśli się jednak na mnie nie gniewa, to… Chętnie bym do niego wróciła. Gdyby nie ten cały Maciek, przez którego wszystko się skomplikowało.
– Wiesz, kiedy ostatnio widziałem wieloryba? – odzywa się tymczasem Nick O’Connor. – Wtedy, kiedy przyleciał uwić gniazdo na jednym z filarów mostu Golden Gate.
– Tak, pamiętam, to był kwas z wyjątkowo dobrego rocznika – potwierdza Charlie. – Jeszcze po dwóch tygodniach ni z gruchy, ni z pietruchy zaczynałeś wrzeszczeć przy ludziach, że cię krasnal Gapcio chciał zamordować.
– Nawet mi nie przypominaj! Nigdy przedtem ani potem nie miałem takiego mojra.
O’Connor wypija drinka, a Charlie wyciąga z teczki jakieś swoje nowe rękopisy. Może to zresztą scenariusz jego przyszłego komiksu.
– Na mieście gadają – twierdzi tata – że Fred Vestergaard ma z tobą poważnie do pogadania.
– Już wiem, dlaczego ten degrengoł się na mnie wścieka – odpowiada Courtney. – To przez moje śledztwo dziennikarskie.
– Śledztwo?
– On służył w marynarce. Lubi się chwalić, że był w Navy Seals. Raz nawet napisał, może pamiętasz, taki na maksa patriotyczny artykuł o naszych chłopcach walczących o wolność w Afganie, gdzie się co i raz odwoływał do swoich doświadczeń w Seals. A ja dotarłem do jego kumpli z jednostki i na podstawie ich relacji niezbicie udowodniłem, że nie był żadnym komandosem, tylko operatorem betoniarki.
– Za dziennikarstwo śledcze! – wznosi Nick toast.
Stukają się kieliszkami i przez moment piją z wyraźną satysfakcją, podczas gdy tata przyjmuje zamówienie od nowych klientów, rodziny z trojgiem dzieci. Przychodzi pora znów pobiegać z tacą.
– A pamiętasz? – mówi O’Connor, kiedy ponownie dostrajam się do ich rozmowy. – Przed dwudziestu laty, na jednym party w Beverly Hills, prorokowaliśmy, że doczekam się wystawy w Guggenheimie, a ty zostaniesz hollywoodzkim scenarzystą.
– Wszyscy nas wyśmiewali! – odpowiada Courtney. – I mieli rację!
– Ty chodziłeś na przyjęcia w Beverly Hills? – pyta ojciec z niedowierzaniem.
– I to jeszcze jakie! Bywała tam cała śmietanka. Piosenkarze, aktorki, artyści, gwiazdy rocka, pornoducenci filmowi, dziennikarze, kreaturzy mody, a nawet cesarz się trafiał.
– No chyba Napoleon z psychiatryka – tata pozostaje sceptyczny.
– Jeszcze lepi! Jego cesarska mość Remus Augustus Cezar, imperator Rzymu i Konstantynopola, protektor Egiptu, wielkorządca Galii i Germanii itp. Facet miał tyle tytułów, że gdyby ich nie znał na pamięć, musiałby używać wizytówek formatu A4.
– Czekaj, Remus? – wtrąca Nick O’Connor. – Coś mi to mówi. Mogę go znać?
– A jak! Spotkaliśmy go przecież na tej balandze u Maureen Farrell, krótko po rozwodzie z tym jej trzecim, co to się poznali, kiedy grali w jakimś romansowym pasztecie.
– Czekaj, mówisz o imprezie, na której tańczył gościu przebrany w suknię ślubną?
– Źle pamiętasz. Nie w suknię, tylko w samą spódnicę, welon i koronkowe rękawiczki, od pasa w górę był goły. Ale tańcował z takim zawzięciem, że musiał chyba łyknąć parę manchesterskich dropsów.
Dance the night away… – nuci Nick. – I to był niby ten cezar?
– A skąd, cezar przyszedł dopiero później. Taki ryszawy koleś podobny do nornicy. Próbował ci wtrynić ubezpieczenie czy sprzedać używane auto, już nie pamiętam.
– A, to był ten! Nigdy bym nie zgadł, że to protektor Egiptu i tak dalej. Wyglądał jak jakiś randomowy szlemiel.
– “Randomowy szlemiel” to jest wyjątkowo trafna charakterystyka jego cesarskiej mości. Teraz siedzi podobno w Europie.
– Właściwe miejsce dla cezara – twierdzi ojciec. – Pomijając, oczywiście, Las Vegas.
Moja zmiana zbliża się do końca i zamiatam podłogę. Niedługo Amanda przyjdzie mnie zastąpić. Wtem do baru wchodzi dziewczynka na oko trzynastoletnia, o dość odżywionej sylwetce. Ubrana jest w czarną bluzkę ze złotym nadrukiem i jaskrawe różowe getry. Coś w jej ciemnoniebieskich oczach wydaje mi się znajomego. Włosy, związane z tyłu, ma w nietypowym odcieniu, jakby szaroniebieskim. Staje niepewna w przejściu, wygląda na spłoszoną.
– Zastałam Laurie? – kieruje pytanie ku mojemu ojcu za barem.
Tata rzuca mi znaczące spojrzenie. Odstawiam szczotkę pod ścianę i podchodzę do dziewczynki.
– My się znamy? – pytam niepewnie.
– Tak, uratowałaś mi życie! – mówi ożywiona. – Jestem Nuala, siostra Devlina.
– Ty byłaś tym cielęciem! – wołam, nie zważając na to, że ludzie to słyszą.
– Cały czas jestem – odpowiada szeptem, spuszczając oczy. – Nie mam prawa tu być, robię to dla brata.
– Jak to nie masz prawa? Przecież nikt cię nie wygania!
– Nie o to chodzi… – mówi Nuala ze ściśniętym gardłem.
– Poczekaj, za dziesięć minut kończę zmianę, to pójdziemy gdzieś i pogadamy, dobrze?
Nieśmiało kiwa głową i siada przy wolnym stoliku, na skraju krzesła, jakby czuła, że jest tu niechciana. Robię dla niej herbatę na koszt firmy, a potem kończę zamiatanie.
Amanda już przyszła do baru, więc mogę jej przekazać sprawy. Ściągam fartuch, odświeżam się na zapleczu i spotykam się z Nualą u frontowych drzwi.
– Chcesz pogadać? – upewniam się. – Możemy gdzieś posiedzieć.
Idziemy do lodziarni Fridy Gaussen, kilka ulic dalej. Tam, gdzie… odbyła się moja pierwsza randka z Devlinem. Czuję, jak samotna kryształowa łza zajmuje miejsce w bloku startowym, aby przy pierwszej okazji ruszyć do biegu po moim policzku. Siadam przy stoliku i zamawiam pierwsze lepsze lody, starając się mimo wszystko zachować kamienną twarz.
– Powiedz mi – zwracam się do Nuali – w jakim sensie nie masz prawa tu być?
– Jestem dopiero cielęciem – przypomina. – Nie wolno nam jeszcze przybierać ludzkiej postaci i wychodzić na ląd. Kryje mnie kuzynka, która powie rodzicom, że byłyśmy na polowaniu, ale im dłużej tu jestem, tym bardziej ryzykuję.
– Czy wiele humbaków potrafi się zmieniać w ludzi?
– Nie, to dziedziczna umiejętność, ale nie wiem dokładnie, od czego zależy. Tylko po kilku w każdym klanie to potrafi. W naszej rodzinie Dev jest najlepszy, ja sobie radzę nieźle, ale nasi rodzice tego nie umieją. Mama mówiła, że w młodości umiała, ale nie miała potrzeby korzystać i w końcu zapomniała, jak to się robi. A ojciec nie umiał tego nawet w młodości.
– A wtedy, tam na tej plaży… mogłabyś się wtedy zmienić?
Nuala zakłopotana kręci głową.
– Za bardzo byłam zestresowana i wycieńczona. Zresztą cielęta jeszcze nie bardzo nad tym panują, właśnie dlatego mamy zakaz. Gdybym w głębi lądu wróciła nagle do prawdziwej postaci, byłoby całkiem źle. Nawet ty byś mi nie pomogła. Dlatego… jestem trochę w pośpiechu. Wolałabym szybko wrócić do morza. Dostanę co najmniej ostry szlaban, ale nie mogłam tak dłużej.
– No dobra – zachęcam. – W jakiej sprawie przychodzisz?
– Chodzi o Devlina. On za tobą strasznie tęskni.
– Dlaczego sam nie przyszedł, tylko przysłał ciebie?
– On nie wie, że tu jestem! – przekonuje dziewczynka. – A gdyby wiedział, toby mi zabronił!
– Więc co cię skłoniło do takiej, eee, misji dyplomatycznej?
– Martwię się o niego. On się nie chce przyznać, ale ja widzę, że cierpi. Jest całkiem załamany. Wcale się nie przykłada do polowań, ostatnio złowił połowę tego, co każdy inny w stadzie! Poza tym robi się bardzo smutny i zdenerwowany, kiedy mowa o zejściu na ląd. Tu chodzi już nie tylko o niego, ale o dobro całego klanu!
– Skąd wiesz, że to ja mam coś z tym wspólnego?
– He, dobre pytanie! – uśmiecha się. – Gdyby go zapytać, wszystkiego by się wyparł. Ale ja wiem! Dziewczyny z całego oceanu lecą na niego jak rekin na ławicę, a on je ignoruje! I te jego pieśni… On śpiewa o tobie, wiesz?
– Tak? – czuję dziwny ucisk w klatce piersiowej. – A co śpiewa?
– Trudno powiedzieć – Nuala spuszcza oczy. – To bardzo zakręcone, połowy z tego nie rozumiem, ale na pewno o tobie, bo czasem wymienia twoje imię.
Siedzę i milczę, nie wiedząc, jak zareagować. A więc jednak Devlin nie spisał mnie na straty!
– Chcesz powiedzieć, że on może jeszcze coś do mnie czuć? To dlaczego sam się do mnie nie odezwał?
– Bardzo cię kocha, ale nie chce ci się narzucać. Podobno byłaś trochę… zdziwiona, kiedy wyznał, kim naprawdę jest.
– Tak, to było… trudne do przetrawienia – potwierdzam, nie patrząc jej w oczy.
– Wtedy jedyny raz z nim o tobie rozmawiałam. Devlin powiedział, że nie ma prawa cię do czegokolwiek zmuszać. I że jeśli związek z jednym z nas jest dla ciebie nie do przyjęcia, to on to rozumie. W życiu nie zawsze jest tak jak w filmach, a on nie chce, żebyś była nieszczęśliwa. Tylko że teraz widzę, że on jest.
Patrzę na siostrzyczkę mojego ukochanego, chcę coś powiedzieć, ale nie mogę. Coś wielkiego rośnie mi w gardle, łzy w milczeniu ściekają po policzkach.
– Przekaż Devlinowi – wykrztuszam w końcu – że chciałabym przynajmniej usłyszeć jego głos.